Skip to content

TropiMy Przygody


Stambuł na leniwo

Stambuł na leniwo

Ponieważ w Stambule niezbyt często miałam dostęp do internetu, niewiele tu się pojawiło na bieżąco. Spieszę to naprawić krótkim podsumowaniem. Tydzień spędziliśmy leniwie, zwiedzająco, imprezowo i jedzeniowo. No i w dużej mierze w komunikacji miejskiej. Zatem po kolei.

Lenistwo

Bo się nigdzie nie speszyliśmy. Muszę przyznać, że było to dość nowe doświadczenie. Zawsze pędzimy, bo chcemy zobaczyć, poznać i dowiedzieć się więcej. Ty razem postawiliśmy na odpoczynek i spędzanie czasu z Martą (którą tam odwiedzaliśmy) oraz nowymi znajomymi. Wstawanie o 10 rano, wyjście do miasta o 12, kręcenie się bez napiętego planu dało mi poczucie wolności i niespieszności. Całkiem fajne uczucie.

Zwiedzanie

Zwiedziliśmy stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę ogrom miasta. Miałam okazję zobaczyć ponownie miejsca, w których byłam 6 lat temu i odkryć w nich coś nowego. Poznałam też nowe miejsca spoza utartych szlaków. Z obiektów oczywistych widzieliśmy Hagię Sophię, Błękitny Meczet oraz Wielki Bazar, przechodziliśmy pod i przejeżdżaliśmy przez Most Bosforski. Z tych mniej oczywistych i nieznanych mi wcześniej największe wrażenie zrobiła na mnie Yerebatan Sarnıcı czyli Cysterna Bazyliki, czyli fantastyczny podziemny pałac z wodą, w której beztrosko pływają sobie ryby, a Pan ze strojami z czasów Imperium Osmańskiego i aparatem nawołuje „only 5 euro for photo. I need money!” No cóż, ja też need money, więc obyłam się bez zdjęcia w wielkim turbanie. Odwiedziliśmy też bazar z przyprawami, które teraz oddają swój aromat w mojej kuchni. Byliśmy pod twierdzą Bebek, spacerowaliśmy w deszczu brzegiem Bosforu, wjechaliśmy na wieżę Galata, z której roztacza się widok na miasto. Muszę przyznać, że po panoramie Rio de Janeiro, trudno mi było zachwycić się Stambułem widzianym z góry. Poprzeczka postawiona została bardzo wysoko. Pochodziliśmy też po kilku dzielnicach obu części miasta oraz przepłynęliśmy promem przez Bosfor, żeby napić się piwa po azjatyckiej stronie i zrobiliśmy zakupy na tradycyjnym, niedzielnym bazarze. Z zupełnie nieoczywistych miejsc poznaliśmy daleki Avcılar, bo tam mieszka obecnie Marta.

Nie zwiedziliśmy pałacu Topkapı, bo koszt jego zwiedzenia nie jest adekwatny do wrażeń. Wiem, bo sprawdziłam przy okazji poprzedniej wizyty w Stambule. Odpuściliśmy też pałac Dolmabahçe, bo tu podobnie ceny wołają o pomstę do nieba. Nie mówiąc o tym, że są dyskryminujące. Obywatele Turcji płacą 20 lir, a dla obcokrajowców cennik przewiduje wydatek 40 lir (ok. 72zł). Nie godzi się, nie przyłożę się do szerzenia tego krzywdzącego założenia, choć, niestety, to nic nowego.

 

Imprezowanie

Późne wstawanie nie do końca było uwarunkowane lenistwem. Przyłożyło się do tego głównie późne chodzenie spać i potrzeba regeneracji organizmu po tropieniu nocnych przygód w towarzystwie Polaków, Kurda oraz Turków. Było super, dzięki Marta!

Jedzenie

Niestety (a może stety?) jedzenie też może być hobby. W Turcji łatwo uzależnić się od ayranu, czaju, lahmacuna zwanego pizzą turecką, świeżej mięty i świeżych warzyw, które na bazarach poukładane są od linijki. Największy problem będzie z lahmacunem, bo ayran mogę sobie przyrządzić bez problemu, czaj kupiliśmy (specjalne szklaneczki przywiozłam poprzednim razem), a miętę i warzywa przecież też mamy. Wprawdzie nie tak dobre jak tam, ale zawsze. Co ciekawe, kebap (tudzież kebab) wcale mi nie smakował. Te w „europejskim” stylu, które można kupić w całej Europie są wedle mego podniebienia lepsze. Turcy jednak uważają, że te kupowane u nas są zwyczajnie niedobre. To pewnie kwestia przyzwyczajenia do danego smaku.

Komunikacja miejska

Nie mogę jej pominąć, ponieważ w autobusach, tramwajach i metrze spędziliśmy sporo czasu. Zacznijmy od tego, że z lotniska, na którym lądowaliśmy (Sabiha Gökçen) leży na obrzeżach azjatyckiej strony Stambułu, a Avcılar na obrzeżach europejskiej strony. Dzieli je prawie 50 km, co oznaczało dla nas 2,5 godziny spędzone w kilku środkach komunikacji miejskiej (w jedną stronę oczywiście). Dla porównania lot do Berlina trwał… tyle samo. Żeby dojechać do centrum musieliśmy poświęcić od 40 minut do godziny, w zależności od tego, gdzie dokładnie chcieliśmy się dostać. Szczęście w nieszczęściu, że kursowały tam metrobusy, czyli autobusy, które mają wydzielone tylko dla siebie pasy, więc nie uczestniczą w korkach na drogach. Zatem tyle czasu zajmowała jazda i zatrzymywanie się na przystankach. Mieliśmy dzięki temu wiele czasu i okazji do obserwacji miejscowych i ich zwyczajów. Szczególnie ciekawa jest walka o miejsca siedzące. Obowiązuje tam zasada „kto pierwszy, ten lepszy” i wszyscy zgodnie ją wyznają. Nie ma znaczenia, czy jest się kobietą, mężczyzną, starym, młodym czy obładowanym bagażami: silniejszy wygrywa. Wszyscy korzystający z metrobusu znają techniki i sztuczki, które mają im zapewnić upragnione siedzące miejsce, ale koniec końców i tak siada ten, który najskuteczniej się rozpychał. Prawo dżungli.

Zobaczcie również RELACJĘ ZDJĘCIOWĄ z naszego wyjazdu 🙂 A jakie wy macie doświadczenia ze Stambułem?

zarezerwuj lot
zarezerwuj nocleg
wypożycz samochód
Jeśli zarezerwujecie lot, noclegi lub samochód za pomocą powyższych linków, my dostaniemy parę groszy. Waszej rezerwacji nie zrobi to różnicy, a my wprawdzie kokosów nie zarobimy, ale zawsze na jakiś obiad czy wino się uzbiera 🙂 Dziękujemy!

Dodaj komentarz