Skip to content

TropiMy Przygody


Trekking Santa Cruz w najpiękniejszych górach w Peru

Trekking Santa Cruz w najpiękniejszych górach w Peru

4 dni, 45 kilometrów i tysiące zniewalających widoków. Tak można w telegraficznym skrócie podsumować trekking Santa Cruz w Cordillera Blanca w Peru. W naszym osobistym rankingu miejsc w Ameryce Południowej zajmuje miejsce w czołówce. Dlaczego?

Poranny szron pokrywał namiot, ale jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy tylko, że trudno wyjść spod ciepłego śpiwora. Ubraliśmy się błyskawicznie we wszystko, co mieliśmy i wygrzebaliśmy z naszego małego namiotu. Właśnie wstawało słońce, oświetlając pięknymi żółciami i pomarańczami otaczające nas, ośnieżone szczyty. To dlatego tu jesteśmy, dlatego wytrzymujemy to zimno i niewygodę. Dla tej zniewalającej Natury.

Nie planowaliśmy trekkingu Santa Cruz w Peru. Co więcej, wymyśliliśmy, że chcemy go zrobić tuż przed przyjazdem do Huaraz, czyli miasta będącego bazą wypadową dla większości trekkingów w góry Cordillera Blanca i Cordillera Negra. Nigdy nie byliśmy w tak wysokich górach na trekkingu. Baliśmy się, że nasza kondycja fizyczna nie będzie wystarczająca, a choroba wysokościowa nie pozwoli nam skończyć trasy. A przecież to 4 dni i nie będziemy zawracać w połowie, więc albo idziemy na Santa Cruz albo nie. Idziemy, sprawdzimy siebie i naszą kondycję. Bo właśnie między innymi po to jesteśmy w tej podróży: żeby pokonywać własne ograniczenia, bariery i lęki. Tak sobie umotywowaliśmy naszą decyzję i z jednej strony nie mogliśmy się doczekać jej realizacji, z drugiej przerażała nas, jak jeszcze nic wcześniej ani później w tej podróży. Czy nasze obawy były słuszne? Nie.

Wprawdzie trekking okazał się dość wymagający, ale nie był ponad nasze siły. Objawy choroby wysokościowej lekko dały o sobie znać (trudności z oddychaniem i ból głowy, kiedy szybko traciliśmy wysokość). Ale warto było się pomęczyć, bo krajobrazy, które oglądaliśmy podczas tych 4 dni niejednokrotnie wprawiły nas w zachwyt, a satysfakcja ze zdobycia najwyższego punktu (Punta Union, 4 750 metrów n.p.m.) sprawiła, że po policzkach popłynęły łzy. Bo po raz kolejny wyszliśmy poza strefę komfortu, pokonaliśmy strach i przełamaliśmy bariery w naszych głowach. Sprawdziliśmy się fizycznie i psychicznie w trudnych, nieznanych nam dotąd warunkach. I jak zwykle w takich przypadkach okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Wcześnie rano samochód odebrał nas oraz naszych współtowarzyszy z hosteli. Po kilku godzinach jazdy po górskich serpentynach dotarliśmy do miejsca startu trekkingu. Szybki lunch, pakowanie bagaży na osły i… w drogę! Pierwszy dzień to trasa w górę i w dół. Cały czas. 11 kilometrów. My, z naszymi za ciężkimi plecakami (zrobiliśmy błąd i wzięliśmy duże plecaki zamiast małych) poczuliśmy w nogach ten dystans i stromiznę. Tylko nas to utwierdziło w przekonaniu, że łatwo nie będzie. Dzień skończył się kolacją. Siedząc w 13 osób w niewielkim namiocie, który był naszą jadalnią, łatwo o integrację. Poznaliśmy kilka osób, z którymi do dziś utrzymujemy kontakt i na pewno jeszcze się spotkamy.

santa cruz peru

Poranek przywitał nas zimnem, które nie pozwalało wygrzebać się ze śpiwora. Jednak iść trzeba, nikt nas z namiotem przecież nie zaniesie. To najważniejszy dzień trekkingu. Dzień, w którym zdobywa się Punta Union i rozpływa z zachwytu nad oszałamiającym pięknem Andów.  Dzień, w którym płuca odmawiają posłuszeństwa, bo mają za mało tlenu. Ostatnie podejście pod Punta Union, nie dość, że jest strome, to jeszcze nie ma czym oddychać. Dwa kroki, przerwa, zadyszka. Kolejne dwa kroki, przerwa, zadyszka. W głowie tylko jedna myśl: po co nam to było? Po co się tak męczyć? Nigdy więcej! Ale wtedy docieramy do Punta Union i… zapominamy o wszystkim. Zniewalające widoki, które nas otaczają i satysfakcja z pokonania własnych słabości sprawiają, że oczy wilgotnieją. I już wiemy, po było się tak męczyć. Wiemy też, że będzie więcej, że to nie jest nasz ostatni raz.

trekking santa cruz peru

Po wejściu na Punta Union jest już z górki. Dosłownie. Do końca trekkingu czeka nas schodzenie, marsz po dolinach i tylko kilka podejść. Trzeci i czwarty dzień nie jest już tak wymagający jak dwa pierwsze. Można więc spokojnie delektować się kontaktem z naturą, pięknem otaczających gór i odcięciem od cywilizacji.

Szczęśliwie, koniec trekkingu nie oznacza końca zawartych znajomości. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem spotykamy się z kilkoma osobami, aby uczcić pokonanie trasy. Wszak nie tylko my cieszymy się z przejścia Santa Cruz, bo to naprawdę spore przeżycie. Warto więc pokonać swoje słabości i ruszyć w piękne góry!

O tym, jak zorganizować sobie trekking Santa Cruz przeczytacie już na blogu!

Zresztą, sami zobaczcie o czym pisałam powyżej 🙂

Szukacie ciekawych miejsc w Peru? Zajrzyjcie na stronę o Peru na naszym blogu!

Jak Wam się podoba Cordillera Blanca? Lubicie dłuższe trekkingi? Podzielcie się swoimi ulubionymi trasami w komentarzach!

4

  • szulczyk

    Wrzesień 28, 2016

    Jak przytulnie w tym namiocie! Cudne widoki… może w 2017 😛

    • Koralina

      Październik 2, 2016

      No przytulnie, przytulnie 😀 Nie będziesz żałować, obiecuję! 🙂

  • Aleksandra Świstow

    Wrzesień 23, 2016

    Ja na pewno wrócę

    • TropiMy Przygody

      Wrzesień 23, 2016

      My też, marzy nam się 10-12 trek po Huayhuash 🙂

Dodaj komentarz