Skip to content

TropiMy Przygody


Salar de Uyuni – magia wschodu słońca na największym solnisku świata

Salar de Uyuni – magia wschodu słońca na największym solnisku świata

Salar de Uyuni to jedno z najbardziej znanych miejsc w Ameryce Południowej, z którego zdjęcia od wielu lat robią furorę w internecie. Kojarzycie ludzi na wielkim, płaskim, białym obszarze, robiących zdjęcia-zabawę z perspektywą? To właśnie stąd te fotki pochodzą. Dajcie się zabrać z nami w podróż do tego niezwykłego miejsca.

Gdzie leży Salar de Uyuni?

Salar de Uyuni to największe solnisko (słona pustynia) na świecie. Dla porównania jest ono większe niż Województwo Opolskie i niewiele mniejsze od Świętokrzyskiego. Leży w południowo-zachodniej części Boliwii, na altiplano (płaskowyżu śródgórskim) – na 3 653 m n.p.m. i jest to teren wybitnie płaski. Różnica wysokości jego powierzchni (poza wyspą, o czym później) to zaledwie 41 cm, co czyni go idealnym do wcześniej wspomnianych zdjęć.

Kiedy jechać na Salar de Uyuni?

Salar de Uyuni urzeka cały rok. Do zdjęć – zabaw perspektywą dobrą porą jest każdy miesiąc, ale… jeśli widzieliście w internecie zdjęcia Salara wyglądającego jak lustro i takim chcecie go zobaczyć, musicie wybrać się tam w porze deszczowej, czyli od listopada/grudnia do maja. Śledzić należy jednak informacje lokalne, gdyż w szczytowych okresach przy dużych opadach część Salar de Uyuni może być wyłączone z ruchu turystycznego.

Jak zorganizować wyjazd na Salar de Uyuni?

Na Salar de Uyuni możecie wybrać się na kilka sposobów:

1. Opcja dla właścicieli własnych 2 lub 4 kółek: Organizujemy sobie wszystko sami (zapasy, noclegi na trasie) i ruszamy po niesamowitą przygodę! Pamiętać należy również o opłatach po drodze, o których więcej w części praktycznej. Jeśli jednak nie mamy swojego/wypożyczonego pojazdu…

2. Jednodniowe wycieczki z Uyuni: A w zasadzie pół dniowe. Będąc w Uyuni na każdym kroku znajdziecie małe agencje i biura podróży, które organizują krótkie wycieczki na solnisko. Rano zostaniemy zapakowani w jeepa, powrót po paru godzinach. Opcja dla tych, którzy mają mało czasu.

3. Trzydniowa wycieczka z Uyuni (z powrotem do Uyuni lub z opcją przedłużenia do pustyni Atacama w Chile): Opcja najbardziej popularna wśród turystów z całego świata. Według nas kiepski wybór, bo: po 1. większość ludzi stąd startuje, więc jedziecie w większym tłumie; po 2. Salar de Uyuni widzicie już pierwszego dnia, a zdecydowanie lepiej go zostawić jako wisienkę na torcie parodniowego wyjazdu. Jednak plusem tej opcji jest możliwość przedłużenia podróży na chilijską stronę na pustynię Atacama bezpośrednio z tym samym biurem.

4. Czterodniowa wycieczka z Tupizy kończąca się w Uyuni: Opcja, na którą zdecydowaliśmy się my. Według nas najlepsza, bo: 1. Trwa jeden dzień dłużej 2. Salar de Uyuni zostawiacie na zwieńczenie podróży, każdego dnia przybliżając się do celu 3. W tę stronę podróżuje dużo mniej osób 4. Tak czy siak kończycie w Uyuni, skąd pojechać możecie do Chile na Pustynię Atacama.

Poniżej opiszemy wam opcję, na którą my się zdecydowaliśmy, czyli z Tupizy do Uyuni. Jako, że praktykujemy powolną podróż (czasu akurat w podróży mieliśmy najwięcej) wygrała u nas opcja najdłuższa, w mniej popularnym kierunku (choć to niebawem może się zmienić). Dodatkowo, nie chcieliśmy jechać z żadną z dużych agencji (a bez własnego auta/motoru lub roweru inaczej niż z agencją się nie da), która każdego dnia wysyła parę aut/grup na trasę. Znaleźliśmy więc w internecie małe, rodzinne przedsiębiorstwo Los Salares. Dysponują jedynie jednym autem na dzień, wyjazdy mają tylko 4-5 dni w tygodniu. Poza tym każdy zatrudniony w tym miejscu jest członkiem rodziny, a ich recenzje były naprawdę dobre. Wśród dużych agencji możecie pewnie dostać ciut lepszą cenę, ale to nie cena w tym przypadku była naszym głównym motywem wyboru.

Jak wygląda 4-dniowy wyjazd na Salar de Uyuni?

Jedziemy grupą w jeepie. Grupa to od 2 do 5 osób (w zależności od ilości osób cena wzrasta lub maleje) + kierowca i kucharz/kucharka. Zaletą małej, rodzinnej firmy jest to, iż jechaliśmy właśnie w 7 osób. Wyjazdy z dużych firmy to często nawet 4-5 jeepów, przy czym kucharzy jest dwóch lub jeden, więc przy dwudziestu osobach do nakarmienia musimy na nasz posiłek poczekać znacznie dłużej.

Co dostaniemy w cenie wyjazdu?

Standardowo w cenie wyjazdu mamy noclegi (w nieogrzewanych, naprawdę zimnych miejscach) raczej bez prysznica (był tylko ostatniego dnia), śniadanie, lunch, obiadokolację z deserem. W ciągu dnia herbatę i przekąski. Zarówno nasza firma, jak i pozostałe, w których pytaliśmy o opcje wyjazdu, nie mają problemu z dostosowaniem diety dla uczestników, a posiłki wegetariańskie czy bezglutenowe to standard, nie ekstrawagancja. Dokładny cennik wyjazdu znajdziecie poniżej, w informacjach praktycznych (kotwica?).

Poniżej znajdziecie zapis tych 4 cudownych dni, częściowo mój, a częściowo uzupełniony zapiskami z dziennika podróży prowadzonego przez Koralinę.

Salar de Uyuni: dzień 1.

Na śniadaniu spotykamy się z Tonem z Tajlandii i parą irlandzko-walijską: Miriam i Kevinem. Dobrze nam się rozmawia przy śniadaniu, co dobrze rokuje na całą wycieczkę. Jest to ważne, gdyż nigdy nie wiesz, na jakich ludzi trafisz, a najbliższe dni spędzicie razem na bardzo małej przestrzeni jeepa. Pierwszy dzień to głównie jazda, zaledwie z kilkoma przystankami na oglądanie widoczków. Podróż rozkręca się bardzo, bardzo powoli. Ale to dobrze. Z każdym kilometrem, godziną, dniem jest coraz ciekawiej, aż do wielkiego finału ostatniego dnia. Lepiej tak, niż zacząć od wielkiego finału, największych zachwytów, aby później przechodzić od „o to też spoko” do „w sumie ok” i „może byśmy już dojechali?” 😉 Dojeżdżamy do ruin starego miasta kopalnianego. Od XVII wieku Hiszpanie wykorzystywali tu miejscową ludność (później także niewolników z Afryki) do prac wydobywczych. Dwa wieki później miasteczko zostało opuszczone, dziś przechadzać się możemy po jego ruinach, a jeśli znamy hiszpański to w pakiecie z wejściem usłyszymy również smutną historię ludzi, którzy tu niegdyś mieszkali. Po kilku godzinach jazdy dzieje się coś z oponą, więc nasz kierowca (Miguel) wymienia ją na zapas. Po kolejnych 20 minutach jazdy, zapas się przebija… Miguel zmienia ponownie oponę na tę poprzednią, a wieczorem, w hostelu ją naprawia. My siedzimy i ogrzewamy się rumem, który stawiają na stół Miriam i Kevin.

Salar de Uyuni: dzień 2.

Następnego dnia ruszamy wcześnie, bo przed nami sporo jazdy i atrakcji. Dziś mamy dzień lagun. Kierujemy się na Park Narowody Eduardo Avaroa (Reserva de Fauna Andina Eduardo Avaroa). Dojeżdżamy prawie pod granicę z Chile, do pięknej laguny i wulkanów. Po drodze mijamy wikunie, lamy, viscacha (szynszylowate, trochę podobne do królika) i… strusie nandu! To pierwszy raz w naszym życiu, kiedy widzimy strusia na wolności! Mamy też nadzieję na flamingi, ponieważ w planach jest Laguna Colorada, będąca domem dla tysięcy flamingów. Okazuje się jednak, że zimą uciekają w cieplejsze rejony, na inne zatoki. Wszyscy są zawiedzeni, bo nikt nam nie powiedział, że flamingów tym razem nie zobaczymy. Na koniec jeszcze dwie mega atrakcje – gejzery (nieźle dawało siarą) oraz… gorące źródła! Nie łatwo jest się zdecydować na zrzucenie ciuchów przy niskiej temperaturze i mroźnym wietrze, ale gorąca woda i widoki rekompensują wszystko!

Dojeżdżamy do miejsca naszego noclegu i okazuje się, że tam, gdzie mieliśmy spać wszystko jest już zajęte (rezerwacje z bookingu tu chyba nie działają ;)). Jedziemy więc do innego miejsca w miasteczku, dość obskurnego, gdzie nawet nie mamy klucza do pokoju i jest jeszcze zimniej niż podczas pierwszej nocy. Idziemy na skałki, które okalają miasteczko, a tam czeka nas przywiązany do skały… ogon małego samolotu. Po kolacji siadamy przy rumie i zapraszamy Miguela i Porfidię (kucharkę i przy okazji złotą kobietę), żeby do nas dołączyli. Porfidia opowiada nam, co to za kawałek samolotu. Okazuje się, że na wzgórzu po drugiej stronie miasteczka (Villa Mar) leży kawałek skrzydła. Jakieś 8 lat wcześniej, mały wojskowy samolot z trzema osobami na pokładzie przelatywał nad Villa Mar. Wiał bardzo mocny wiatr, samolot ściągnęło i się rozbił. Jeden z pasażerów zginął, dwóch przeżyło. I tak na pamiątkę tego wydarzenia zostały dwa kawałki samolotu. W nocy budzi nas ktoś, próbując wejść z impetem do pokoju (zastawiliśmy drzwi plecakami), krzycząc jakieś imiona. Okazało się, że jakiś pijany facet szukał swoich znajomych. A prosiliśmy przecież o klucz…

Salar de Uyuni: dzień 3.

Po śniadaniu zbieramy się, bo czeka nas dzień skał. Co chwilę zatrzymujemy się przy najróżniejszych formach. Świetna okazja, by po nich połazić 🙂 Również przy skałach jemy lunch. Do miasteczka przy Salarze dojeżdżamy dość szybko i zostajemy w hostelu z soli! Naprawdę, ja nawet polizałem (fuj) kawałek hotelu 😉 Tutaj też możemy wziąć ciepły prysznic (jedyny na trasie!), z czego wszyscy ochoczo korzystamy. Potem kupujemy piwa i singani (miejscowy destylat, trochę podobny do pisco w Peru i Chile). Zasiadamy do stołu i ucztujemy. Przychodzi do nas Miguel, a po kolacji (pysznej lazanii) dołącza także Porfidia. Mamy dużo ubawu i śmiechu. Kończymy imprezę dość wcześnie, bo następnego dnia wstajemy po 4 w nocy, żeby na Salar de Uyuni zobaczyć wschód słońca.

Salar de Uyuni: dzień 4.

Dojeżdżamy na wyspę na pustyni, z której podziwiamy niesamowity wschód słońca – chyba najpiękniejszy, jaki do tej pory widzieliśmy. Wprawdzie jest zimno jak diabli i marzniemy, ale było warto! Potem jemy śniadanie na Salar de Uyuni (czad!) i jedziemy dalej. Przez ok. 2 godziny robimy sobie śmieszne zdjęcia wykorzystując perspektywę. Jemy obiad w miasteczku na wylocie z solniska, gdzie można też kupić sporo pamiątek. Jedno z tych wielu miasteczek na świecie, gdzie każdy metr kwadratowy istnieje tylko dlatego, aby turysta miał co kupić i gdzie zjeść. Dojeżdżamy jeszcze do cmentarzyska pociągów i wjeżdżamy do Uyuni, gdzie kończymy wycieczkę. Żegnamy się z Miguelem i Porfidią, bo muszą wrócić do Tupizy, a z resztą ekipy umawiamy się na piwo. Jakoś te 4 dni spędzone razem nam nie wystarczają 🙂

Bonus:  z Uyuni na Pustynię Atacama

Jest tylko kilka firm autobusowych, które wyjeżdżają z Uyuni do San Pedro de Atacama w Chile. Wybieramy najdogodniejsze (wedle zapowiedzi pracowniczki firmy) dla nas połączenie. Wstajemy (za) wcześnie rano na autobus. Okazuje się on nie być ani ciepły ani wygodny… Nie mogę spać, a kiedy w końcu w nim usypiam, dojeżdżamy do granicy. Stoimy przed nią 1,5 godziny, bo autobus przyjechał za szybko, a ta otwarta jest od 8:30. Dostajemy pieczątki wyjazdowe, płacimy 17 bolivianos „opłaty wyjazdowej”, którą (jak się okazało) pobierają tylko od gringos, więc mogliśmy się o nią kłócić… Potem czekamy na zmianę autobusu trochę, a w trakcie zmiany okazuje się, że nowy autobus jedzie do tylko Calamy, nie do San Pedro de Atacama, jak nas poinformowano przy zakupie biletów. Pytam kierowcę, pytam pracownicę z naszego poprzedniego autobusu i ona informuje nowego kierowcę, że my jedziemy do San Pedro de Atacama. Upewniam się na granicy u kierowcy, że dojedziemy bezpośrednio, on potwierdza. Na punkcie kontrolnym Chile czekamy jakieś 2 godziny, wszystkim sprawdzają dokładnie bagaże. Celnik chwali Karolinę za to, że zadeklarowała pomarańczę (do Chile nie można wwozić nic organicznego, za niezadeklarowane przedmioty grożą wysokie mandaty), którą miała w plecaku. Dobra dziewczyna. Oczywiście zabrał ją. Pomarańczę, nie Koralinę. Wsiadamy w końcu do autobusu po 6 wymęczonych godzinach na granicy i jedziemy. Dojeżdżamy do Calamy i tam okazuje się, że nasz autobus do San Pedro odjedzie, ale dopiero za 3 godziny, o 18:00… Kłócimy się, że powiedziano nam inaczej, ale to nic nie daje. Swoje musimy odczekać. Tak właśnie działa marketing autobusowy w Uyuni: powiedzieć potencjalnym klientom to, co chcą usłyszeć, żeby kupili bilety od tej firmy, a nie od konkurencji.

A co robić na Pustyni Atacama? To już zupełnie inna historia 😉

Magiczne przeżycia na Salar de Uyuni

Salar de Uyuni to z pewnością jedno z bardziej znanych i turystycznych miejsc w Ameryce Południowej. Ale czy jest to jedno z tzw. „tourist trap”? Z pewnością nie! Warte każdego BOBa*, który na ten wyjazd wydacie. Z rana może nadejść zwątpienie, gdyż czekając na wschód słońca zamarznie wam dosłownie wszystko. I po co to? Gdy tylko słońce zacznie wschodzić, zrozumiecie. Trudno ubrać w słowa to, co widzieliśmy. Nawet tak dobre zdjęcia Koraliny również nie oddadzą całego piękna, a tym bardziej wszystkich emocji, jakie nam wtedy towarzyszyły. Spędziliśmy w Ameryce Południowej prawie rok i był to jeden z lepszych widoków, jakie widzieliśmy podczas całej podróży. To trzeba przeżyć. I pieniądze, uwierzcie mi, w tym przypadku naprawdę nie grają żadnej roli. Wschód słońca na Salar de Uyuni z surową elegancją, majestatyczną i typową dla siebie finezją kopie tyłki wszystkim Machu Picchom, Ekwadorom i innym Panamom.

Salar de Uyuni

Wycieczka na Salar de Uyuni – ile to wszystko kosztuje?

Wycieczka z  Los Salares to wydatek rzędu 1150 BOBów za 5 osób lub 1200 BOBów za 4 osoby. Dostępna również wersja na 2 osoby, choć wtedy w zasadzie płacimy koszt wyjazdu pełnej grupy.

Dodatkowe BOBy wydaliśmy na:

  • wstęp ruiny miasteczka górniczego – 15 BOBów
  • wstęp do parku Eduardo Avaroa – 150 BOBów
  • Aguas calientes, czyli gorące źródła podczas wycieczki – 6 BOBów
  • Wstęp na wyspę na Salar de Uyuni – 30 BOBów ( niektóre filmy i polskie blogi radzą jak wejść z drugiej strony wyspy, żeby nie musieć płacić). Cóż, nam też nie podobała się ta dodatkowa opłata, ale jest jak jest. Można wejść i podziwiać zachód z góry wyspy lub robić zdjęcia z dołu – nikt na siłę na wyspę nie wciąga. Nie bądź „Januszem podróży”, nie wchodź z drugiej strony 😉

Szukacie innych, ciekawych miejsc w Boliwii? Zajrzyjcie na stronę o Boliwii na naszym blogu!

Informacje praktyczne

  • Co robić w okolicy Tupizy? Cañon del Inka – za 250 BOBów od osoby można pojechać autem 4×4 (i kawałek rowerem) do Kanionu Inków. Lepiej jednak zrobić sobie spacer. W zależności od kondycji zajmie on od 4 do 8 godzin.
  • Noclegi w Tupizie: My zostaliśmy w hostelu Los Salares i zapłaciliśmy 100 BOBów za noc w pokoju dwuosobowym ze śniadaniem. W cenie miała być jeszcze sauna, ale nie działała… Z czystym sercem możemy polecić to miejsce, bo to z niego właśnie startowaliśmy w naszą podróż (hostel i agencja turystyczna należą do tej samej rodziny, w zasadzie to jedna firma) na Salar de Uyuni. Pełną listę miejsc noclegowych w Tupizie możecie sprawdzić tutaj.
  • W Tupizie jest trochę agencji i hosteli i łatwo złapać okazję last minute w większych firmach na dzień przed wyjazdem. Wywieszają je zresztą na tablicach przed drzwiami. W Uyuni jest ich jeszcze więcej.
  • W barach i restauracjach wszędzie rządzi pizza. Dlaczego warto ją zjeść tutaj? „Tu pizza” -> Tupiza. Widzicie? 🙂
  • Dojazd do Tupizy: Z La Paz zapłacimy ok. 80 BOBów, z Potosi 40-50, do granicy Boliwii z Argentyną (Villazon) dojedziemy za ok. 15 BOBów. Do Tupizy dojedziecie również z innych, mniejszych i mniej uczęszczanych miejsc. My przyjechaliśmy tu z miejscowości Tarija, co równało się 6 godzinom w starym klekocie jadącym przez góry. Ale było warto 😉

*PS. W kwestii wytłumaczenia. Oficjalny skrót miejscowej waluty – boliwijskiego boliviano to BOB, dlatego też pozwoliłem sobie na odmianę. BOBa, BOBów, etc. Wybaczcie moje niskie i płytkie poczucie humoru. W Boliwii tak odmienialiśmy („ciekawe ile BOBów tu lunch kosztuje?”) i gwarantuję, że co najmniej połowa z was w Boliwii też tak będzie robić 😉

Jak wiele tak cudownych, magicznych miejsc udało wam się w życiu odwiedzić? Podzielcie się nimi w komentarzach 🙂 My skreślamy Salar de Uyuni z naszej bucket list!

zarezerwuj lot
zarezerwuj nocleg
wypożycz samochód
Jeśli zarezerwujecie lot, noclegi lub samochód za pomocą powyższych linków, my dostaniemy parę groszy. Waszej rezerwacji nie zrobi to różnicy, a my wprawdzie kokosów nie zarobimy, ale zawsze na jakiś obiad czy wino się uzbiera 🙂 Dziękujemy!

18

  • VamosHoney

    Lipiec 6, 2017

    Salar de Uyuni też był na naszej liście marzeń! Niestety ze względu na ograniczony budżet zrezygnowaliśmy z 3dniowej wycieczki. Za to pojechaliśmy na tą typową jednodniową, co jeśli chodzi o same solnisko jest w miarę wystarczająca. Byliśmy na Salar w marcu, więc mieliśmy jeszcze okazję załapać się na resztki wodnego lustra. Gdybyście jeszcze kiedyś planowali odwiedzić wyspę Incahuasi, która widząc po wpisie przypadła Wam do gustu, to my skorzystaliśmy z alternatywnego patentu i spędziliśmy tam caly dzień i noc (bez własnych 4 ani 2 kół). Więcej o tej naszej wyprawie możecie poczytać u nas: http://vamoshoney.com/ameryka-poludniowa-pl/camping-na-kaktusowej-wyspie-incahuasi-czyli-nasz-przepis-na-alternatywna-wycieczke-po-salar-de-uyuni/
    Pozdrawiamy

    • Bartek

      Lipiec 6, 2017

      Na pewno jeszcze kiedyś wrócimy! A w ogóle to się minęliśmy, chwilę po tym, jak my opuściliśmy Chile, wy do niego się przenieśliście 😉

      • VamosHoney

        Lipiec 6, 2017

        Bartek, my wylądowaliśmy w Chile w listopadzie 2016… jak ten czas szybko leci! Szkoda, że się nie widzieliśmy gdzieś „na szlaku”, ale wszystko do nadrobienia 🙂 Udanych dalszych podróży!

        • Bartek

          Lipiec 6, 2017

          Z pewnością, bo my do Ameryki Południowej jeszcze wrócimy, te 10 miesięcy to zdecydowanie za mało było 😉 Dzięki i nawzajem 🙂

  • jaczerwinski

    Maj 27, 2017

    Hej! Świetny wpis i piękne zdjęcia!

    Właśnie wróciłem z wycieczki na Salar 🙂 Zdecydowałem się na klasyczną trzydniową opcję z początkiem i końcem w Uyuni. I jak dla mnie punktem kulminacyjnym całej przygody nie była pustynia solna, a właśnie park Eduardo Avaroa – Laguna Colorada, flamingi, ośnieżone szczyty wulkanów w tle… Wszystko osnute mgłą i chmurami, zza których od czasu do czasu przebijały promienie słoneczne. Magia!

    Współczuję przeprawy przy wyjeździe z kraju. Boliwia nie jest zbyt przyjazna turystom :/ Mnie przy wyjeździe (po Uyuni wróciłem do La Paz i stamtąd od razu do gościnnego Peru) też oszukano i sprzedano bilet na autobus, który… nie istniał. Ale chociaż nie chcieli ode mnie żadnej opłaty wyjazdowej na granicy w Desaguadero. Z kolei znajomi z wycieczki na Uyuni, którzy kontynuowali podróż do Chile, zostali skasowani po 15 BOB-ów od głowy. Nie ma zasady

    • Bartek

      Maj 28, 2017

      Dzięki wielkie za słowa o wpisie i w imieniu Koraliny za zdjęcia 🙂

      Fajnie, park Eduardo Avaroa jest super, fajnie, że udało Ci się jeszcze załapać na flamingi, my już ich nie mieliśmy :/ Widzę po opisie, że super widoki miałeś 🙂

      Generalnie dużo stania i nudzenia się, poza tym ten haracz (z tego co słyszałem, to między 15 a 30 BOBów) to w sumie drobna kasa, kwas tylko trochę, że tak robią. Kupowałeś w La Paz bilety przed dworcem? Tam niestety trzeba wejść do środka, odprawić z kwitkiem sprzedających przy wejściu i kupić w okienku. My przeszliśmy się (jadąc do Tarija) sprawdzając „rekomendowane” i nie rekomendowane firmy, porównywaliśmy ceny (generalnie podobne) i wybraliśmy w miarę niską, ale wyglądającą spoko ofertę.

      Peru to inna bajka, jest już super turystycznie rozwinięte, to inaczej patrzą na turystów. Nie szukają dodatkowej kasy, bo Ci i tak mnóstwo dolców u nich zostawią 😉

      • jaczerwinski

        Maj 28, 2017

        Całe moje wkurzenie tą sytuacją z biletem wynika stąd, że kupiłem go (za 200 BOB-ów) właśnie na dworcu, w okienku firmy, co się nazywa Vicuna Travel. Tym razem chciałem postawić na luksus i wygodę, bo zazwyczaj bilety kupuję podobnie, jak to opisałeś ;]

        Byłem po całonocnej podróży z Uyuni. W autobusie o mało co nie ukradli mi aparatu i laptopa (koleś z miejsca przede mną wyciągnął mi je z plecaka, który był pod moim siedzeniem; gdybym obudził się 20 minut później, na przystanku w El Alto, precjozów już by nie było), więc uznałem, że lepiej nie kusić losu w tej nieprzyjaznej Boliwii i kupiłem bilet na bezpośredni, wypasiony autobus, który miał mnie zawieźć prawie bezpośrednio z La Paz do Arequipy (prawie, bo do Desaguadero mieliśmy dojechać minibusem i stamtąd już prosto do Peru). Zgadzał się tylko ten minibus. Na granicy pani asystentka przeprowadziła nas przez granicę, kupiła bilety na autobus (zupełnie innej firmy) za S/. 25 i zostawiła na dworcu. Wszystko to mógłbym zrobić sam. Autobus z luksusem wiele wspólnego nie miał i nie jechał do Arequipy bezpośrednio, tylko zatrzymywał się w prawie każdym większym miasteczku.

        Kierowca autobusu, który nas zawiózł do Arequipy powiedział, że takie boliwijskie sztuczki to standard. I zgadzam się z tym, co piszesz – w takich sytuacjach nie chodzi nawet o hajs, tylko o to, jak cię traktują, o zasadę. Spędziłem w Boliwii tylko 12 dni i oprócz wycieczki na Salar wiele dobrych wspomnień z niej nie wywiozłem. Po przyjeździe do Peru czułem się jakbym po 40 latach błądzenia po pustyni wszedł nareszcie do Ziemi Obiecanej 😀

        No cóż, taka podróżnicza dola, naciągacze i oszuści to część gry 😉

        • Bartek

          Maj 29, 2017

          Kurde, ale pecha miałeś :/ Rzeczywiście, nigdy nie wiesz, kiedy coś takiego Ci się przydarzy, lipny bilet, próba kradzieży, jakieś inne rzeczy. My chyba mieliśmy też sporo szczęścia, przez 10 miesięcy nic nigdy nam się takiego nie przydarzyło… A w sumie raz, w Peru właśnie 😉 W Mancorze sprzedali nam bilet po 10 soli drożej niż powinniśmy byli zapłacić. Aaaa i w sumie w Boliwii kupowaliśmy bilet do San Pedro de Atacama z przesiadką w Chilijskiej Calamie, gdzie okazało się, że… nasz bilet nie obejmuje San Pedro, bo w Calamie autobus kończy kurs. Tam akurat udało nam się to wykłócić i dali nam darmowe bilety na ostatni etap podróży na za 3 godziny. I w sumie tyle na wszystkie kraje Ameryki Południowej, w których byliśmy, więc całkiem niezły wynik.

          Trochę tak, jest później co wspominać 😉

          • jaczerwinski

            Czerwiec 2, 2017

            heh, to ja miałem nieco mniej szczęścia 🙂 w Nikaragui ukradli mi plecak, w Kolumbii dźgnęli nożem, próbując zwędzić aparat, a w Amazonii linie lotnicze zagubiły mój bagaż, a jak już się odnalazł, to brakowało w nim kilku pamiątek z Salento. ale masz rację – po latach będzie, co wspominać 🙂 bylem tylko w jednym kawałku wrócił do kraju 😀

          • Bartek

            Czerwiec 3, 2017

            O kurde, to rzeczywiście jakoś sporo tych kiepskich sytuacji miałeś. Może już wyczerpałeś limit na te i wszystkie przyszłe podróże? 🙂

  • Paweł Mąka

    Maj 26, 2017

    Wow, wasze wpisy zawsze na maxa wyczerpują temat, a ja odchodzę od laptopa z ogromną dawką wiedzy. Wspaniałe miejsca! A wschód słońca – tylko pozazdrościć.

    • Bartek

      Maj 27, 2017

      Dzięki wielkie! Miejsce super, warto odwiedzić. Pozdrawiamy z Nowej Zelandii 🙂

  • Rafał Dyrda

    Maj 26, 2017

    Akurat wróciłem pozdrawiam i polecam każdemu :)świetnie

    • TropiMy Przygody

      Maj 26, 2017

      To tak jak my, też bardzo polecamy 🙂

  • Vagamundus

    Maj 26, 2017

    Marzenie przyszłych lat! Cudne kadry <3

    • TropiMy Przygody

      Maj 26, 2017

      Dziękujemy! 🙂

  • Grażyna Wudniak

    Maj 25, 2017

    Super wpis i wspaniałe zdjęcia

Dodaj komentarz