Skip to content

TropiMy Przygody


Jeden dzień w Hobbitonie

Jeden dzień w Hobbitonie

Zielone pagórki, sielski klimat, lasy, jeziora, kolorowe drzwiczki do domków… Do tego przyjazne Hobbity oraz Czarodziej, który nigdy się nie spóźnia, ale zawsze przybywa wtedy, kiedy ma na to ochotę 😉 Od niepamiętnych czasów (ok pamiętam, od liceum) moim marzeniem było, aby choć na chwilę przenieść się do Hobbitonu. A co z towarzyszami podróży, którzy takich marzeń nie podzielają? Spoko spoko, na nich też Hobbiton ma swoje metody*** 😉

Pierwsze momenty w Hobbitonie

„Ej ale tu dużo ludzi. I tak drogo, bez sensu trochę” – powiedziała Koralina, gdy tylko dotarliśmy do Shire’s Rest, czyli miejsca, z którego odjeżdżają autobusy na plan zdjęciowy. „Eeeee tam…” – odrzekłem elokwentnie, aby wyrazić zdziwienie z jej braku podekscytowania. Wsiadamy do autobusu. Wita się z nami przewodniczka, zaczyna opowiadać, skąd to wszystko tu się wzięło, a przed naszymi oczami wyrastają pierwsze pagórki Shire, gdzie Gandalf w filmie wjeżdżał do Hobbitonu witany przez Froda. „Mogliby puścić muzykę, która towarzyszyła tej scenie” – mówię lekko rozczarowany i… w tym momencie z głośników w autobusie leci muzyka, a na ekranie pojawia się scena wjazdu Czarodzieja do Hobbitonu. Kosmos jednak nad nami czuwa, będzie dobrze 😉 Ale czy na pewno? I skąd to wszystko tu się wzięło?

 

Jak Hobbiton przeniósł się ze Śródziemia do Nowej Zelandii?

Wszystko zaczęło się w 1998. Jegomość Peter Jackson, znany na świecie m.in. z filmów „Martwica Mózgu” oraz „Przerażacze” (nie znacie starszych i nowszych filmów z Nowej Zelandii? Sprawdźcie u nas na blogu, które warto obejrzeć!) postanowił zmierzyć się z klasyką literatury fantasy, czyli „Władcą Pierścieni” J.R.R. Tolkiena. Szukając kolejnych planów do swojego filmu (w swoim ojczystym kraju, i wcale nas to nie dziwi, wiedząc jak fenomenalnie zjawiskowa jest Nowa Zelandia) przelatywał helikopterem nad farmą niejakiego Alexandra i… zobaczył swoje wymarzone Shire.

Nowa Zelandia, kraj na końcu świata (albo na początku, jak tutaj mawiają) na tyle zapaliła się do pomsłu przeniesienia Śródziema do siebie, iż do przygotowań włączyła się… nowozelandzka armia. Na potrzeby konstruowania planu zdjęciowego na miejsce musiały dojechać ciężkie maszyny budowlane, bez których Hobbiton nie miałby szans powstać. Nowozelandzcy wojskowi, aby ułatwić to zadanie (bo niby jak Hobbity miałyby w to miejsce dostarczyć buldożery?) wybudowała asfaltową drogę, która dziś służy do transportu turystów na miejsce.

Hobbiton, którego mogło już nie być

Umowa z Panem Alexandrem, właścicielem farmy była jasna. Filmowcy mogą na jego terenie wskrzesić do życia Shire, ale po skończonych zdjęciach wszystko musiało zostać przywrócone do pierwotnego kształu. Po wielkim sukcesie kinowym Władcy Pierścieni turyści na próżno więc szukali filmowego Hobbitonu. Mniej więcej tym czasie Pan Alexander musiał się zorientować, że w mało roztropny sposób zarżnął kurę, która potencjalnie mogła znosić złote jaja w ilościach hurtowych. Nie dziwi więc fakt, iż przy kolejnych negocjacjach co do powtórnego wybudowania Shire (przed kręceniem „Hobbita”) warunkiem Pana Alexandra było, aby po skończonych zdjęciach… nic nie wróciło do pierwotnego stanu. Hobbiton miał odtąd przyciągać turystów z całego świata, stając się jedną z większych atrakcji Nowej Zelandii. Dodam tylko, iż zdjęcia w samym Hobbitonie przy pracach nad „Władcą Pierścieni” trwały 3 miesiące, podczas gdy kręcąc Hobbita filmowcy uwinęli się w… 12 dni!

Prawda za drewnianymi drzwiczkami Hobbitonu

Na planie Hobbitonu znajdziemy oczka wodne, drzewa, grządki z warzywami oraz 39 norek Hobbitów, a raczej 39 kolorowych drzwi do norek. Nie jest żadną tajemnicą, iż (niestety) filmowe norki nigdy nie powstały, a sceny kręcone wewnątrz domu Bilba powstały w studiu filmowym. Dodatkowo, dąb nad domem Bilba został ścięty w Matamata (pobliskim miasteczku) i przywieziony na plan, a sztuczne liście do drzewa zostały… wyprodukowne w Wietnamie i ręcznie do drzewa doczepione. Zabieg z liśćmi powtarzać trzeba zresztą co dwa lata, a szczęśliwcy, którzy znajdą taki sztuczny liść na drodze zabrać go mogą do domu na pamiątkę.

Szukacie ciekawych miejsc w Nowej Zelandii? Zajrzyjcie na stronę o Nowej Zelandii na naszym blogu!

Zresztą, obecne drzewo jest sztuczną repliką tego oryginalnego, bo ścięte po jakimś czasie zaczęło się rozpadać. Prawdziwe jest za to drzewo, pod którym Bilbo obchodził swoje urodziny. Co do samych domków, a raczej samych drzwiczek, to zostały one wybudowane w paru różnych rozmiarach, co miało na celu… oszukanie widzów. Chodziło o perspektywę, a różne rozmiary tych samych domków wykorzystywane były do kręcenia scen, w których pojawiać się mieli albo sami Hobbici, albo Hobbici w towarzystwie Czarodzieja lub Krasnoludów.

Czy warto jechać do Hobbitonu?

I tak i nie. W przypadku fanów „Władcy Pierścieni” sprawa wydaje się oczywista. Co w przypadku, gdy fanami nie jesteśmy, a na plan zaciągnięto nas w podstępny sposób, zastawiając na nas wnyki?*** Nawet wtedy przejście planem filmowym, mniejszym oczywiście, niż wydaje się to podczas oglądania filmu, może być naprawdę interesujące, jeśli trafimy na odpowiedniego przewodnika. Nasza przewodniczka podrzuciła nam parę ciekawych anegdot z planu. Jedną z nich jest właśnie rozmiar  Hobbitonu. Wszystkie zabudowania są tak blisko siebie, iż aktor Martin Freeman, grający Bilba w „Hobbicie”, musiał sporo się nabiegać wkoło i po wszystkich ścieżkach Hobbitonu, aby dało się złożyć z tego jedną sekwencję biegu. Najśmieszniejsza jednak była sprawa płonącego tortu. Ponoć na urodzinach Bilba zaczął płonąć tort. Sztuczna konstrukcja zajęła się od świeczek, co podobno (nie sprawdzaliśmy) widać w tej scenie w postaci dymu ulatującego w powietrze obok Bilba. Czemu więc sceny nie powtórzono, a jedynie ściągnięto kamery z tortu? Usłyszeliśmy, że zamysłem reżysera było, aby aktorzy dobrze wczuli się w klimat imprezy, więc serwowano im prawdziwy alkohol. Okazało się, że po spaleniu się tortu nikt nie był w wystarczająco dobrym stanie, aby nakręcić dubla 😉 To nie wszystkie tajemnice i ciekawostki z planu. Jeśli jesteście ciekawi innych, to znaczy, że należycie do tych fanów, którzy powinni Hobbiton odwiedzić 🙂

Na koniec należy dodać, że wyprawa do Hobbitonu jest dosyć droga, także sami musicie zdecydować, czy warto się wybrać. Na planie jest na tyle tłoczno (kolejne grupy startują co chwila), że przewodnicy zmuszeni są trzymać całkiem szybkie tempo zwiedzania, aby jedna grupa nie wpadała na drugą. Zdecydowanie za dużo wielkich ludzi na zbyt mały Hobbiton 😉 To może odbierać przyjemność zwiedzania zwłaszcza osobom, które do zwiedzania się nie paliły („wiecie, co z nimi zrobić”*** ;)). Ja, pomimo tego wszystkiego, nie żałuję 😉

Hobbiton – informacje praktyczne

  • Aby dojechać do Hobbitonu kierować musimy się do miejscowości Matamata na Wyspie Północnej, skąd ostatnich parę kilometrów do celu poprowadzą nas znaki na Hobbiton. W Matamata znajdziecie również informację turystyczną (budynek wzorowany na karczmie z Hobbita), w której dowiecie się jak tam dokładnie dojechać na własną rękę lub kupicie bilety z opcją dojazdu hobbitowym autobusem.
  • Bilety do Hobbitonu kupujemy na konkretną godzinę. Na miejscu warto być wcześniej, aby zdążyć odebrać bilet. Godzina oznacza godzinę odjazdu autobusu na farmę – plan zdjęciowy, który niedostępny jest dla zwykłych pojazdów. Do końca zwiedzania naszą grupę stanowić będą współpasażerowie oraz przewodnik. Grupy prowadzone są niestety w miarę żwawym tempem, aby jedna na drugą nie powpadała przy chwilowych postojach na robienie zdjęć. Nie jest to  fajne, ale dzięki temu w kolejce do zdjęcia przed hobbicką norką będzie czekało parę, paręnaście osób, a nie pierdyliard. Zwiedzanie od momentu wyjazdu autobusu spod centrum z kasami, sklepem i kawiarnią do powrotu w to samo miejsce trwa ok. 2 godzin.
  • Bilety do Hobbitonu w sezonie (od końca listopada do lutego) najlepiej kupić przez internet z kilkudniowym wyprzedzeniem. Jedna lub dwie osoby raczej nie powinny mieć problemu z zakupem na dzień przed, ale ilość dostępnych godzin może nie dawać nam dużego pola do manewru. Jeśli podróżujemy większą grupą bilety warto kupić z wyprzedzeniem.
  • Jeśli kupimy bilety na ostatnią chwilę i pozostaną jedynie późne godziny, warto udać się wcześniej na miejsce, gdyż ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogą nam zostać zaproponowane miejsca we wcześniejszych grupach, które z różnych powodów się pozwalniały.
  • Pamiętajmy o zabraniu ze sobą kremu (min. 30UV, a najlepiej 50+), czapki, okularów przeciwsłonecznych, wody oraz ew parasolki/kurki przeciwdeszczowej, w zależności od prognozy pogody. Pogoda w Nowej Zelandii jest bardzo zmienna.
  • Najtańszy bilet do Hobbitonu to wydatek rzędu 79$ od osoby. Od 1 kwietnia 2018 roku będzie to już 84$. Za w kosmos więcej pieniędzy możemy uczestniczyć w prywatnym oprowadzaniu lub wieczornych „hobbickich ucztach”, oraz wydarzeniach specjalnych, jak choćby Międzynarodowy Dzień Hobbita.

Byliście w Hobbitonie? Poznaliście inne sekrety (oprócz np. płonącego tortu) z planu? Smakowało wam hobbickie piwo? A może wycieczka do Shire to wasze marzenie? Dajcie znać w komentarzach!

***Sposób na opornych: zwieńczeniem wycieczki jest „hobbickie piwo” w gospodzie w Shire. Haczyk, na który złapałem Koralinę i namówiłem na wspólną wycieczkę do Hobbitonu 😉

Hobbiton Nowa Zelandia

zarezerwuj lot
zarezerwuj nocleg
wypożycz samochód
Jeśli zarezerwujecie lot, noclegi lub samochód za pomocą powyższych linków, my dostaniemy parę groszy. Waszej rezerwacji nie zrobi to różnicy, a my wprawdzie kokosów nie zarobimy, ale zawsze na jakiś obiad czy wino się uzbiera 🙂 Dziękujemy!

4

  • Kate Traveller

    Grudzień 12, 2017

    Niesamowite i bajeczne miejsce. Fajnie dowiedzieć się takich ciekawostek od Was. Wielką fanką Hobbita nie jestem ale z przyjemnością odwiedziłabym tą farmę 🙂

    • Koralina

      Grudzień 13, 2017

      A najlepsze jest to, że równie uroczych i sielankowych miejsc w Nowej Zelandii jest co niemiara 😉

  • Simon Aksimon

    Grudzień 4, 2017

    knajpa jest najlepsza z tego wszystkiego… chillout w fotelach przy kominku najlepszy

Dodaj komentarz