Skip to content

TropiMy Przygody


19 (pierwszych) kroków do bycia zero waste

19 (pierwszych) kroków do bycia zero waste

Jakiś czas temu zaczęliśmy sobie utrudniać życie. Zupełnie świadomie i z pełną premedytacją. Dlaczego? Bo nie chcemy się dokładać do degradacji naszej planety i chcielibyśmy, żeby nasze dzieci (tak, tak – te, których nie mamy) nie musiały brodzić w śmieciach mocząc stopy w morzu lub oceanie. Co robimy (i co wy możecie zrobić), żeby być bardziej zero waste?

Ostatnio opisywałam wam, jak wyglądał nasz proces dojrzewania do życia zgodnie z ideą zero waste (a przynajmniej prób i kroków prowadzących do ograniczania produkcji niepotrzebnych śmieci). Dziś podzielimy się tymi małymi działaniami, które stosujemy, żeby zminimalizować nasz ślad na Ziemi. Zanim przejdę do konkretnych sposobów na bycie „less waste”, chciałabym przypomnieć o zasadzie 3R: REDUCE, REUSE, RECYCLE (w Polsce zwana czasem 3U: Unikaj [zbędnego kupowania], Użyj [ponownie], Utylizuj). Mamy ją zawsze z tyłu głowy, a nawet więcej: mamy nasze własne, dwa dodatkowe R: RETHINK (przemyśl [bardzo dokładnie zakupy]) i REFUSE (odmawiaj [jednorazowych reklamówek, kawy w jednorazowym kubku itp.]).

RETHINK i REDUCE

Tutaj muszę się przyznać, że to nasze RETHINK (które prowadzi do REDUCE) jest czasem wyjątkowo irytujące… Zanim zdecydujemy się, czy cokolwiek (i naprawdę mam tu na myśli cokolwiek: od kosmetyku po odzież i sprzęty potrzebne w domu) kupimy, musimy bardzo dokładnie przeanalizować wszystkie za i przeciw, czy na pewno jest nam to potrzebne, czy będziemy tego używać/nosić czy też nie. Chyba nie muszę mówić, że czasem ten proces potrafi trwać nawet i tydzień, a my wciąż miotamy się pomiędzy „chcemy to i przydałoby się” a „właściwie to nie jest nam niezbędne do życia” i… decyzja wciąż wisi w powietrzu. Zazwyczaj w takim wypadku dochodzimy do wniosku, że chyba jednak nie jest nam to niezbędne, skoro nawet nie potrafimy podjąć decyzji. Dawniej nie mieliśmy takich rozkmin, bo „chcę i przydałoby się” wystarczało do podjęcia decyzji o zakupie. A tu masz, skomplikowaliśmy sobie 🙂 Niemniej cieszymy się z tego, bo coraz częściej ten rozciągnięty proces podejmowania decyzji prowadzi nas do nie kupowania, a więc osiągamy nasz mały cel. Nie powiem, daje to później satysfakcję, nawet jeśli wydaje się irytujące w trakcie.

REUSE

Ponowne używanie produktów jest ekstra! Nie chodzi mi tu tylko o uzupełnianie butelki na wodę czy noszenie torby na zakupy. Fajną metodą jest również dawanie rzeczom drugiego życia. Mieszkając w Polsce, bardzo lubiłam robić zakupy w szmateksach i to wcale nie ze względu na ideę wykorzystania czegoś, czego ktoś inny już nie potrzebuje. Po prostu można było znaleźć ubraniowe perełki w świetnej cenie. Wprawdzie od wyjazdu w naszą podróż niezbyt wiele ciuchów kupujemy, ale w Nowej Zelandii poszliśmy o krok dalej w nadawaniu nowego życia przedmiotom: większość sprzętów domowego użytku, które były nam potrzebne, kupiliśmy na wyprzedażach od ludzi, którzy ich już nie potrzebowali. Tak samo teraz w Kanadzie – sporo naszych kuchennych przybytków pochodzi z „opszopów” (opportunity shop), czyli sklepów, w których można kupić właściwie wszystko (i wszystko pochodzi z drugiego obiegu). Zresztą, wyjeżdżając z Nowej Zelandii właśnie tam zanieśliśmy niepotrzebne nam już rzeczy – żeby ten cykl trwał dalej i ktoś inny mógł kupić za grosze potrzebne mu przedmioty. Wprawdzie w Polsce „opszopy”, w których można kupić wszystko nie są zbyt popularne, ale taki OLX czy grupy sprzedażowe na Fb działają bardzo dobrze i naprawdę warto z nich korzystać.

Poza tym, fajnie nadawać niektórym przedmiotom zupełnie nowe, inne życie. Kiedyś, jeszcze w Polsce, zrobiłam sobie tablicę korkową z korków po winie, których (jako miłośnicy wina) produkowaliśmy z Bartkiem całkiem sporo. Potrzebowałam mieć nad biurkiem tablice do przyczepiania notatek, zaczęłam więc zbierać korki po opróżnionych butelkach wina i… zrobiłam sobie tablicę sama. Upcykling jest bardzo fajny i internet jest przepełniony pomysłami na wykorzystanie starych, wydawałoby się zbędnych przedmiotów do zrobienia czegoś super kreatywnego i często pięknego. A wiecie jaką satysfakcję daje zrobienie czegoś ekstra ze śmieci? Czasem nawet nie trzeba nic przerabiać, a tylko wymyślić nowe zastosowanie, jak np. mój kempingowy kubek, któremu wewnątrz zaczęła się łuszczyć emalia, przez co przestał się nadawać do picia. Ale jest idealnego rozmiaru kubeczkiem na moje kosmetyki!

RECYCLE

Oczywistość, o której mówi się w Polsce najwięcej i najdłużej z tych 3R. Recykling jest spoko i warto wyrzucać śmieci do odpowiednich kubłów, ale trzeba pamiętać, że to ostatnie R w łańcuchu, które wymaga sporych nakładów. Nie mówiąc o tym, że większości śmieci (nawet tych, które mogłyby się nadawać do ponownego użycia) niestety się nie recyklinguje i lądują na wysypiskach, które później zatruwają środowisko. Recykling jest jak leczenie objawów choroby, a nie przyczyn. A chyba lepiej pozbyć się przyczyny niż objawów, czyż nie?

Zatoczyliśmy więc koło, wracając do pierwszego i drugiego R (reduce i reuse) wraz z naszymi konkretnymi sposobami na ograniczanie się w podróży i w domu.

Zero waste w podróży (i w domu również):

1. Torba szmaciana na zakupy

Wyjeżdżając w 2015 roku do Ameryki Południowej zabraliśmy ze sobą torbę szmacianą, żeby nie musieć zbyt często brać reklamówek jednorazowych podczas zakupów. Wiecie, kto zjada maleńkie cząstki plastiku trafiające do rzek i oceanu z plastikowych śmieci? Zwierzęta, np. krowy, ryby i żółwie. Naukowcy z Uniwersytetu w Queensland badali wpływ ton plastiku produkowanego przez ludzi na populacje żółwi morskich. Wyszło im, że 52% żółwi morskich zjada mikro-pozostałości plastiku (źródło). Z każdym kolejnym miesiącem wyrabialiśmy sobie nawyk proszenia o niepakowanie naszych produktów do jednorazówek. Obecnie dzięki temu nie bierzemy jednorazówek w sklepach W OGÓLE, zawsze mamy ze sobą szmacianą torbę na zakupy lub plecak, do którego możemy włożyć produkty. Czasem musimy powtórzyć sprzedawcy dwukrotnie, żeby nie pakował do jednorazówki, bo się zapomina, ale skutkuje (w Kolumbii Brytyjskiej wprowadzono niedawno dodatkowe opłaty za jednorazówki i w większych marketach przestano z automatu wkładać do nich zakupy, ale w małych sklepach osiedlowych zazwyczaj wciąż się to robi).

2. Butelka na wodę

Wedle raportu przygotowanego w 2017 roku przez organizację Seas at Risk, w samej tylko Unii Europejskiej co roku wyrzucanych jest 46 miliardów butelek plastikowych (źródło). To całkiem sporo. Zamiast więc kupować wodę butelkowaną (szczególnie te małe butelki, wrrrrrr), możemy kupić butelkę z grubego, odpornego plastiku, którą można używać wielokrotnie i długo. My już od dawna pijamy wodę z kranu, ale wiem, że niektórzy nie są jej zwolennikami. Co w takie sytuacji? Jest kilka wyjść (nie są one tak bardzo zero waste, ale zawsze to krok w dobrym kierunku): kupno butelek z filtrem (kiedyś używaliśmy butelek bobble i fajnie się sprawdzały, ale wyjeżdżając w podróż wiedzieliśmy, że będziemy mieć problem z dokupowaniem filtrów, więc z nich zrezygnowaliśmy), filtrowanie wody w domy (czy to przez filtr na kran, czy dzbanki filtrujące) lub, jeśli filtrowana kranówa wciąż nie wchodzi w grę, zawsze można kupić 1 butelkę 5-litrową zamiast 15 o pojemności 0,33l i z niej uzupełniać swoją butelkę wielorazowego użytku (to wciąż będzie krok w dobrym kierunku). Dobrą butelkę też nie tak łatwo kupić. Sami już kilka różnych rozwaliliśmy, bo były dość wątpliwej jakości, jak się okazało w trakcie użytkowania. Zdecydowanie możemy jednak polecić butelki stalowe lub aluminiowe ze względu na ich wytrzymałość (do kupienia choćby w Decathlonie) oraz, z plastikowych, firmę Nalgene – ich butelki są wytrzymałe, nie mają wpływu na smak wody i nie wchodzą w reakcje z innymi napojami (np. z whisky – sprawdzone osobiście). Wiecie, kiedy ostatni raz kupiliśmy wodę butelkowaną? Całkiem niedawno, bo w grudniu 2017 roku, w Bangkoku, kiedy kręcąc się po mieście wypiliśmy całą swoją wodę i nie mieliśmy gdzie uzupełnić butelek, a rozpływaliśmy się z gorąca. A poprzedni raz? Chyba gdzieś w Ameryce Południowej, czyli w 2016 roku.

3. Własny kubek na kawę

Długo żyłam w przekonaniu, że jednorazowe kubki, w których dostaje się kawę w kawiarniach są ok i poddaje się je recyklingowi. Och, naiwna ja! Całkiem sporo kawy wypiliśmy z takich kubków, zanim dowiedzieliśmy się, że większości z nich nie da się już ponownie wykorzystać. Żeby taki kubek trzymał temperaturę kawy i nie pozwolił, aby kawa wchodziła z nim w reakcję, papier nasączany jest polietylenem. Zwykły proces recyklingu nie pozwala na rozdzielenie tych materiałów, a ten który pozwala jest skomplikowany i bardzo kosztowny, zatem mało kto to robi. Szacuje się, że w Unii Europejskiej rocznie wyrzuca się 16 miliardów takich kubków, a w Stanach Zjednoczonych… 25 miliardów! Wprawdzie istnieją też biodegradowalne kubki na kawę, ale zdaje się, że jeszcze nie są zbyt popularne, poza tym musza trafić do odpowiedniego kubła na śmieci, a na ulicy zazwyczaj trafią do pierwszego lepszego kosza na chodniku i nie zostaną odpowiednio przetworzone. Dodatkowo, pokrywki kubków też w większości nie są poddawane recyklingowi, zatem jest to kolejny plastik lądujący finalnie w morzach i oceanach.

Rozwiązanie? Własny kubek na kawę! Wybór takich kubków jest teraz ogromny, można też używać małego termosu, jeśli ktoś ma taki i nie chce kupować kubka (pamiętacie, rethink i reduce?). Akurat w Kanadzie raczej nie mamy problemów w kawiarniach z tym, żeby nalewali nam do naszych kubków, ale ostatnio w jednej kawiarni Pan chciał najpierw zrobić kawy w jednorazowych kubkach, żeby z nich przelać nam do naszych [facepalm], ale po naszym uargumentowaniu, bez problemu zrobił kawy od razu w naszych kubkach. Kanadyjski Starbucks daje też 10 centów zniżki, jeśli przyniesie się swój kubek. Wiem, że w polskich kawiarniach jest z tym gorzej, ale na to też jest metoda: można uargumentować bariście dlaczego nie chce się jednorazowego kubka, a jeśli wciąż się będzie upierał, że nie może – wyjść z kawiarni i znaleźć taką, w której nie będą mieć problemu z waszym kubkiem (takich też jest na pewno sporo). Im więcej osób będzie sygnalizowało w kawiarniach potrzebę napicia się kawy we własnym kubku, tym szybciej kawiarnie dostosują się do nowych warunków i zaczną lać kawę do kubków klientów.

4. Sztućce i naczynia na kemping

Campingowanie, grillowanie i piknikowanie jest ekstra! Tak naprawdę jest jeszcze fajniejsze, kiedy mamy ze sobą zestaw naczyń wielorazowego użytku, a nie jednorazowe plastiki, które wylądują po grillu w śmieciach. Nie mówię, żeby w podróż czy nawet na grill niedaleko domu zabierać najlepszą, porcelanową zastawę z domu, ale można wziąć zestaw piknikowy (tak piękne niektóre naczynia teraz produkują i do tego można trafić na takie stworzone z recyklingu, że nie powstydziłabym się użyć ich na przyjęciach, choć takich nie organizuje) lub np. lekkie naczynia podróżne/campingowe. My zawsze mamy ze sobą lekki zestaw metalowych sztućców turystycznych, na campingach w Nowej Zelandii mieliśmy swoje talerze i miseczki wielorazowego użytku, a teraz w Kanadzie będziemy jeść prosto z menażki, żeby na kilka wyjazdów nie kupować specjalnie naczyń. Wiem, że z jednorazowym plastikiem łatwiej, bo nie trzeba tego później myć, ale mycie naczyń aż tak bardzo nie boli.

5. Jedzenie w knajpie, a nie na wynos

Po co brać obiad czy kolację na wynos, jeśli można zjeść na miejscu? Na wyjeździe jest z tym znacznie łatwiej, bo przecież nigdzie się nie spieszymy, prawda? A przecież przyjemniej zjeść na miejscu niż zabierać ze sobą do hotelu/hostelu i produkować tym samym niepotrzebne opakowania styropianowe/plastikowe i reklamówki, w które to wszystko pakują (bo przecież nie mogą nie zawinąć w worek, prawda?). Kiedyś zdarzało nam się czasem zamawiać lub brać posiłek na wynos, żeby zjeść w domu. Przestaliśmy to robić – jeśli chcemy zjeść „na mieście” to ruszamy nasze leniwe tyłeczki i idziemy. Jak nam się nie chce ruszać leniwych tyłeczków to… jemy na kolację to, co mamy dostępne w lodówce i smucimy się, że to znowu tosty 😉 Autorzy cytowanego już wyżej raportu Seas at Risk szacują, że w Unii Europejskiej rocznie zużywa się 2,5 miliarda jednorazowych opakowań na jedzenie. 2,5 miliarda! To odpowiada 1/3 wszystkich mieszkańców Ziemi.

6. Nie brać rurek do napojów

Jak już jesteśmy przy jedzeniu na wynos, to pojawiają się również głośne ostatnimi czasy rurki do napojów. Wynalazek tyleż szkodliwy dla środowiska, co bezsensowny dla większości ludzi. Według organizacji Plastic Pollution Coalition w samych tylko Stanach Zjednoczonych zużywa się dziennie… 500 milionów słomek! Gdyby połączyć je w jedną mega-słomkę, 2,5 razy okrążałaby Ziemię. KAŻDEGO DNIA. Wiem, że dzieci lubią pić przez rurkę, ale na to też jest rada: metalowa słomka wielokrotnego użytku. Miejsca nie zajmuje właściwie wcale, więc może być jednym z tysiąca ważnych przedmiotów damskiej torebki. Nie pamiętam, kiedy ja ostatni raz piłam coś przez słomkę, bo zwyczajnie nie czuję takiej potrzeby, ale jak ktoś lubi, proszę bardzo własna, prywatna rurka w torebce, fancy nie? 😉 Tak swoją drogą, w międzyczasie powstawania tego tekstu (pisałam go z przerwami przez miesiąc) w Vancouver przegłosowano wprowadzenie zakazu słomek oraz styropianowych kubków i opakowań na jedzenie w ramach wprowadzania strategii miasta zero waste. Brawo Vancouver!

7. Nie kupować puszek (piwa, napoje) z takim plastikowym nosidełkiem

Jeśli musicie kupić sześciopak puszek, to wybierzcie taki, który nie ma plastikowego koszyczka (kojarzycie? Te takie kółka plastikowe, które trzymają sześciopak razem) na nie – a jeśli już kupicie, zanim je wyrzucicie, rozetnijcie nożyczkami te kółeczka, bo jak te śmieci lądują w środowisku naturalnym, to biedne zwierzaczki zaplątują się w te kółka i nie mogą się z nich wyplątać albo je zjadają i giną od ilości plastiku w swoim przewodzie pokarmowym 🙁 Są już na rynku biodegradowalne, a nawet zdatne do zjedzenia przez zwierzęta, ale wciąż lepiej uniknąć tego bezsensownego produktu w ogóle i wpakować napoje do swojej torby na zakupy. Proste!

8. Ograniczanie zakupów (pamiątek, ciuchów itp.)

Coś, co przychodziło mi (i wciąż przychodzi) z wielkim bólem. Lubię pamiątki, lubię jakieś małe duperelki, które nie służą niczemu poza zbieraniem kurzu. Szczęśliwie, najlepszym lekarstwem na to w naszej długiej podróży była ograniczona objętość naszych plecaków i fakt, że każdy dodatkowy przedmiot będę musiała nosić przez kolejnych kilka miesięcy. Podziałało skutecznie, to była dobra lekcja minimalizmu i ważny krok w drodze do bycia zero waste. Gorzej, jak się wyjeżdża na krótko i ma miejsce w bagażu… Nie mówię, żeby nie kupować pamiątek czy ciuchów. Kupować, ale zastanowić się dwa, a nawet trzy razy czy dana rzecz aby na pewno jest nam potrzebna. W myśl zasady „take only memories, leave only footprints” (weź tylko wspomnienia, zostaw jedynie odciski stóp) mamy mnóstwo zdjęć i wspomnień w głowie, za to niewiele fizycznie namacalnych pamiątek (hehe, nawet kiedyś – dawno temu – napisałam tekst o podróży jako pamiątce z podróży dla Peronu4). I nam to wystarcza.

Ciuchy? Garderoba każdego z nas od trzech lata mieści się w plecaku i waha od 20 do 30 sztuk odzieży na osobę (nie licząc bielizny). I wiecie co? Dobrze nam z tym 🙂 Polecamy takie minimalistyczne podejście do garderoby. Jeśli już kupować, to najlepiej odzież produkowaną odpowiedzialnie i lokalnie albo dawać drugie życie rzeczom z lumpeksów czy różnych SWAPów. W końcu ciuchy też finalnie lądują na wysypiskach śmieci, a ich proces produkcji w wielu przypadkach pozostawia wiele do życzenia.

9. Nie wymienianie sprzętów elektronicznych chwilę, kiedy tylko wyjdzie nowy model

Właśnie wyszedł nowy IPhone, Samsung czy inny super ekstra smartphone! No i co z tego, skoro mój telefon jest w świetnym stanie? Po co mam się go pozbywać i wydawać pieniądze na nowy, ciut lepszy, skoro ten dzwoni, wysyła smsy i pozwala mi na dostęp do internetu – czyli robi wszystko, czego oczekuję od telefonu. Mój telefon będzie obchodził swoje 4-te urodziny w tym miesiącu. I wciąż działa jak należy (w sumie trochę się dziwię, biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne, w jakich ze mną bywał przez ten czas)! Jak zacznie mi w nim szwankować bateria, to zamiast kupować nowy telefon, po prostu wymienię baterię. Tak samo laptop – ma już 5 lat i prosi o wymianę zasilacza i baterii. Zamiast więc kupować nowy komputer, wymienię części, które się zużyły (w laptopie wymieniłam już twardy dysk). Skala zjawiska wyrzucania urządzeń elektronicznych jest ogromna: w samym 2016 roku na świecie powstało 44,7 miliona ton elektrośmieci. To tak jakby na śmietnik wyrzucić 4,5 tysiąca wież Eiffla (Dane za Uniwersytetem ONZ, pełen raport możecie przeczytać tutaj). Chyba więcej nie muszę dodawać.

10. Kupowanie produktów lokalnych

Kiedy kupujemy produkty lokalne, nie tylko wspieramy lokalną gospodarkę, ale też oszczędzamy środowisko, wszak produkt nie musi pokonać tysięcy kilometrów na wielkim statku lub w samolocie. Wiem, że nie zawsze się da, nie zawsze wiadomo, skąd dany produkt pochodzi, ale warto mieć to z tyłu głowy podczas cotygodniowych zakupów.

11. Kupowanie tylko tyle jedzenia, ile jest potrzebne

To jest, według nas, super ważne! Co z tego, że będę dbała o minimalizację plastiku w moim otoczeniu, podczas gdy będę wyrzucać połowę zawartości lodówki, bo się zepsuło? Muszę przyznać, że w nie marnowaniu żywności jesteśmy bardzo skuteczni i to już od dawna. Jeszcze zanim wyjechaliśmy w podróż i na długo przed tym, jak usłyszeliśmy po raz pierwszy „zero waste” nie wyrzucaliśmy jedzenia, bo po prostu bardzo nie lubimy tego robić. Nauczyliśmy się tak planować zakupy i gotowanie, żeby zużywać wszystko. I wiecie co? Bardzo rzadko cokolwiek wyrzucamy. Każdego tygodnia planujemy sobie posiłki i robimy tygodniowe zakupy z listą, żeby na pewno niczego nie zapomnieć, a co ważniejsze nie kupić za dużo. Po pobycie w Nowej Zelandii jesteśmy szczególnie wyczuleni na marnowanie żywności, bo widzieliśmy, jak wiele jedzenia marnują goście hotelowi i szlag nas trafiał. Wiecie, że około 1/3 produkowanej żywności na świecie trafia do kosza? Każdego roku ok. 1,3 mld ton jest marnotrawione na każdym etapie: od produkcji przez dystrybucję, na konsumentach kończąc. To są ilości jedzenia, które wystarczyłyby, aby pozbyć się problemu głodu na świecie. A lądują w koszu na śmieci. Coś tu jest ewidentnie nie tak.

12. Ograniczanie spożycia mięsa

Gdyby ktoś chciał zapytać, co ma ograniczanie spożycia mięsa do planety i ograniczania odpadów: produkcja mięsa zużywa bardzo dużo zasobów (choćby wody i zbóż) i przyczynia się do emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Większość pól uprawnych nie służy bezpośrednio ludziom, ale jest uprawiane na paszę dla zwierząt hodowlanych, które kończą później na styropianowej tacce w supermarkecie. Bartek nie je mięsa od lat, ja ograniczyłam jego spożycie i od kilku lat jem posiłki mięsne dość sporadycznie. Nie mówię, żeby od razu przechodzić na wegetarianizm albo weganizm, ale można ograniczyć spożycie mięsa o tyle, ile uważacie za stosowne. Już choćby rezygnacja z jednego mięsnego obiadu tygodniowo będzie miało pozytywny wpływ (w ostatnich latach dzięki trendowi ograniczania spożywania mięsa i wzrostu popularności diety wegetariańskiej i wegańskiej, spożycie mięsa na świecie spadło o kilka procent w bardzo mięsnych krajach. Po dokładne dane odsyłamy choćby tutu i tu). Choć dla wielu może to być szokiem, obiad bez mięsa to wciąż obiad 🙂

Jak przeżyć bez miesa w mięsnych krajach? Zajrzyjcie na stronę Wegetarianin w Podróży na blogu!

13. Czytnik e-booków zamiast książki papierowej

Wprawdzie nie jestem pewna, czy czytnik zamiast książek papierowych będzie „less waste” (finalnie skończy jako elektrośmieć i do jego produkcji zużyto całkiem sporo zasobów) niż książki papierowe, aczkolwiek niektórzy tak twierdzą. Szczerze mówiąc, nie wiem, które z rozwiązań jest bardziej przyjazne środowisku. Umieściłam to na liście z innego, podróżniczego powodu: waga oraz dostęp do książek. Oboje wolimy czytać książki papierowe, ale tułając się trzeci rok po świecie, trudno nam wozić ze sobą grube książki, a kindle pozwala nam czytać dużo i często bez nabywania książek, które potem staną na półce i będą zbierać kurz. Jeśli jednak nie możecie się przestawić z papieru, warto mieć w głowie bookcrossing i korzystać z bibliotek – przecież nie każdą książkę trzeba mieć na swojej półce.

14. Rower/autostop/pociąg/autobus zamiast samolotu

W tym akurat nie jesteśmy najlepsi, bo całkiem sporo latamy. Niemniej tam, gdzie możemy i mamy sensowny wybór, coraz częściej decydujemy się na autobus, pociąg, rower czy też autostop. Wszystko dlatego, że samoloty emitują ogromne ilości dwutlenku węgla do atmosfery. Wiadomo, że jak ja jedna zrezygnuję z lotu, nie znaczy, że się nie odbędzie i ślad węglowy będzie mniejszy. Ale jeśli takich osób będzie wystarczająco dużo, a popyt generuje podaż, to może mieć to pozytywny wpływ na środowisko. Nie namawiamy do całkowitej rezygnacji z latania (nie śmielibyśmy, jako że nam w kwestii latania bardzo daleko do bycia zero waste), ale warto mieć świadomość, że to, jaki środek transportu wybieramy również ma wpływ na środowisko.

Zero waste w domu, czyli to co nie bardzo ma zastosowanie w podróży, ale wciąż warto robić:

15. Pojemniki na jedzenie

Kupowanie produktów na wagę do własnych pojemników jest znacznie lepszym pomysłem niż kupowanie ich zapakowanych w folię i jeszcze w pudełku. Powstaje coraz więcej sklepów „zero waste”, w których można kupić właściwie wszystko na wagę i wsypać to od razu do swojego pojemnika. Dzięki temu ogranicza się śmieci w postaci niepotrzebnych nikomu opakowań.

Szukacie innych artykułów dotyczących ograniczania śmieci? Zajrzyjcie na naszą stronę o zero waste!

16. Woreczki bawełniane na warzywa

Ilekroć widzę, jak ktoś w warzywniaku pakuje każde jedno warzywo w osobny worek, krew mnie zalewa. Bartek jeszcze w Polsce toczył swoje małe wojny z podejrzliwymi kasjerami, kiedy np. brał kilka cytryn bez worka, warzył wszystkie i naklejkę z ceną naklejał na jedną z nich, żeby nie brać na to reklamówki. Z kolei w Vancouver, w naszych lokalnych warzywniakach kasjerzy też chyba nie pałają do nas sympatią, bo wrzucamy do koszyka wszystkie warzywa luzem, a potem pakujemy je do swojej torby. Kiedy patrzymy, jak sprzedawca przekłada z koszyka na wagę pół kilograma pieczarek bez woreczka, to niemal czujemy jak na nas klnie w myślach. A wszystko dlatego, że jeszcze nie udało nam się znaleźć takich woreczków bawełnianych, jakie byśmy chcieli. Cóż, mówi się trudno i wciąż nie bierze jednorazówki – zero waste ważniejsze niż wygoda 😉

17. Worki na śmieci z drugiego obiegu 😉

Wiecie, że odkąd zamieszkaliśmy w Vancouver jeszcze nie kupiliśmy worków na śmieci? I już zapewne nie kupimy. Organicznie śmieci wrzucamy do kosza bez worka, a potem go myjemy (akurat w Vancouver do kubłów na organiczne śmieci nie powinno się wrzucać worków, więc tym bardziej traci sens wkładanie go do kosza, skoro potem i tak trzeba te śmieci z worka wysypać). Może kiedyś będziemy mieć swój własny ogródek, to będziemy robić kompost. Do śmieci recyklingowych nie potrzeba worka, a do wszystkich pozostałych używamy worków, które i tak jakoś się w domu znajdą (np. duże worki po papierze toaletowym. Jeszcze nie znaleźliśmy tutaj miejsca, w którym można kupić papier bez opakowania). Przecież śmieci nie muszą mieć swoich „dedykowanych” worków 🙂

18. Ściereczki wielorazowego użytku

Do sprzątanie używamy materiałowych szmatek, które można prać. My akurat swoje zrobiliśmy z płachty materiału, która została w mieszkaniu po poprzednich lokatorach, więc wszystkie są w tym samym kolorze. Trzymamy je więc w innych miejscach i pierzemy osobno, żeby się nie pomieszały te łazienkowe z kuchennymi, ale najlepiej byłoby mieć je w różnych kolorach i przypisać kolory do konkretnych stref sprzątania. Swoją drogą, do czyszczenia bardzo dobrze nadają się małe ręczniki (może być stary – tym sposobem znajdziecie zastosowanie dla pozornie niepotrzebnego ręcznika – tak bardzo w myśl idei zero waste!).

19. Wykorzystywanie wszystkich części warzyw, w tym obierek

Po co obierać pieczarki? Dlaczego większa część brokułów zazwyczaj ląduje w koszu? Nie wiemy, ale w naszej kuchni tak nie ma, my to zjadamy. Kiedyś podpatrzyłam na jakiejś stronie o zero waste, jak można wykorzystać obierki z warzyw, które zazwyczaj kończą na śmieciach. Wystarczy przez jakiś czas zbierać wszelkie obierki (z ziemniaków, marchewek, cebuli, pietruszki, resztki kapusty itd.) w woreczku lub pojemniku w zamrażarce i jak nazbiera się ich całkiem sporo, ugotować z nich gęsty i aromatyczny rosół. Przecedzić go potem przez sitko, ostudzić, wypełnić nim foremki do lodu i zamrozić. Voila! Eko, domowe kostki rosołowe z resztek warzyw gotowe! Pyszne i bez ulepszaczy 🙂

Uzbierała się z tego całkiem długa lista, aczkolwiek jak się zastanowić – wszystkie te punkty nie wymagają zbyt wiele wysiłku i można je bez problemu zacząć stosować w każdym momencie. Oczywiście, to są podstawowe działania i nie sprawią, że nagle w domu nie będzie już potrzebny kosz na śmieci a siebie można ochrzcić mianem guru zero waste, ale warto je wprowadzać w życie jako dobre nawyki, które sprawią, że będziemy chcieli dowiadywać się więcej o byciu zero waste i podejmować kolejne kroki w byciu bardziej przyjaznym planecie, na której żyjemy. Ziemia nam kiedyś podziękuje! 🙂

Które z praktyk stosujecie? Może macie inne sprawdzone metody na bycie bardziej zero waste? Podzielcie się w komentarzach, wszak ta lista nie wyczerpuje tematu – ledwie go zaczyna 🙂

36

  • Madzia

    Lipiec 17, 2018

    Świetny wpis! Nigdy nie domyśliłabym się pewnych spraw, o których napisałaś, a co dopiero o kostkach rosołowych zrobionych domowym sposobem! Dzięki za przydatne wskazówki i pozdrawaiam!

  • Łukasz Trusz | www.zPodrozy.pl

    Czerwiec 2, 2018

    Dobra czytanka na leniwe popołudnie! Można się zainspirować. Dzięki 🙂

    • Koralina

      Czerwiec 3, 2018

      Dzięki za miłe słowa – cieszymy się, że inspiruje 🙂 pozdrowienia!

  • Marysia

    Czerwiec 1, 2018

    Co do książek – myślę, że tu sprawa nie jest taka prosta. Uważam, że nie warto wszystkiego chomikować, warto natomiast oddawać książki, do których nie ma się zamiaru wracać. Rzeczywistość w Polsce jest taka, że nawet w dobrze zaopatrzonych bibliotekach dzielnicowych Warszawy nowości jest po jednym egzemplarzu i trzeba się do nich zapisywać w kolejce. Warto więc kupować i podawać dalej. Zwłaszcza w kraju, gdzie dość mało ludzi czyta, a coraz łatwiej dać książce drugie życie (specjalne półki bibliotekach lub parkach). Książka nie jest śmieciem jak stary ciuch albo plastikowa butelka – nawet pożółkła i lekko podarta nadal ma wartość.

    • Koralina

      Czerwiec 3, 2018

      To prawda – sami się tak miotamy w sprawie ksiażek 🙂 Też nie uważam, żeby było to śmieci, ale warto właśnie się swoimi książkami dzielić po przeczytaniu, a nie kolekcjonować na nich kurz 😉

  • Anonim

    Maj 31, 2018

    Polecam ponizszy (lekko kontrowersyjny!) artykul zwiazany z tematem zero waste. Pozwala spojrzec na temat z nieco szerszej perspektywy: https://www.theguardian.com/environment/2017/jul/12/want-to-fight-climate-change-have-fewer-children.

    • Anonim

      Czerwiec 1, 2018

      Z tym dziećmi to lekko naciągane, bo idąc tym tropem to zagłada naszej cywilizacji byłaby najbardziej zero waste 🙂 W sumie 🙂 Z pewnością część prawdy w tym tekście jest, zwłaszcza kwestia auta czy jedzenia mięsa, ale to jest już mniej temat zero waste, a bardziej wpływu/oddziaływania na stan planet i na zmiany klimatyczne.

  • J_anna

    Maj 30, 2018

    Super lista z inspiracjami!

  • Anonim

    Maj 30, 2018

    Dzięki za ten tekst! Przypomnieliście mi, że w końcu powinnam zamówić woreczki Bez folii i spróbować ograniczyć worki na śmieci – tak jak robiła to moja babcia. Mam wiadro na śmieci z jej mieszkania (reuse! 😉 ), a ona worków nie używała, na dno kładła kawałek starej gazety, dzięki czemu nie trzeba było za każdym razem go myć 🙂

    • Anonim

      Maj 30, 2018

      O! Stara gazeta to dobry pomysł, dzięki 🙂 chociaż w sumie to wymaga posiadania gazet 😛

    • Anonim

      Maj 30, 2018

      Haha, no tak 😉 ale w sumie można wykorzystać inne niepotrzebne rzeczy typu ulotki ze skrzynki na listy, tak sobie myślę 🙂

    • TropiMy Przygody

      Maj 30, 2018

      No jasne 🙂 A przy okazji, zwróciłaś moją uwagę na fakt, że w Vancouver właściwie nie ma problemu z ulotkami 🙂

  • Anonim

    Maj 29, 2018

    to ja się ucieszę, że nie jesteś pewna, co do czytnika, bo ja wręcz jestem pewna, że zerowastowy, to on nie jest wcale. I się pochwalę, że przeszłam mocno na waciki wielorazowe (obok ściereczek) i przede wszystkim – przepiękne nowoczesne wielorazowe pieluchy <3

    • TropiMy Przygody

      Maj 30, 2018

      Właśnie też muszę przerzucić się na waciki wielorazowe 🙂

    • Anonim

      Maj 30, 2018

      Daj znać jakie polskie kupiłaś 😉 interesowałam się jakiś czas temu, nie mogłam się zdecydować i zarzuciłam temat :/ ale jak polecasz coś konkretnie to może to do niego wrócę 🙂

    • Anonim

      Maj 30, 2018

      Mam taką mini glov w rozmiarze na palec, ale jakoś mi nie podeszła. Ona niby jest przystosowana do użycia samą wodą, a wtedy żeby domyć oczy strasznie musiałam je pocierać. To ja dziękuję, zmarszczki robią mi się i bez tego 😉 wacikiem z płynem micelarnym jednak robię to dużo delikatniej.

    • TropiMy Przygody

      Maj 30, 2018

      O! Dobrze wiedzieć, dzięki 🙂

    • Anonim

      Maj 30, 2018

      No ja wam powiem, że płatki stosuje tylko na pupę dziecka, więc nie wiem, jakby sobie z demakijażem poradzily.

    • Anonim

      Czerwiec 4, 2018

      Ja używam rękawiczek od Glov tych dużych i nie trzeba pocierać, tylko dłużej przytrzymać na oku, żeby makijaż mógł się rozpuścić i wsiąknąć w rękawicę – nauczona metodą prób i błędów 😉 A potem… zostawiam je sobie na ściereczki do kurzu 🙂 także wg mnie bardzo fajny patent!

  • Anonim

    Maj 29, 2018

    Bardzo ciekawy wpis. Z przyjemnością poczytałam i pośmiałam się (np. z tych pieczarek), choć temat jest mi bliski i też wiele z tych punktów stosuję to przyznam, że aż tak restrykcyjnie jak wy się nie trzymam, np. rosołu jeszcze nie robiłam, ale może spróbuję ;P

    • TropiMy Przygody

      Maj 30, 2018

      My też aż tak bardzo restrykcyjni nie jesteśmy – kostki rosołowe dopiero raz robiłam 🙂 Po prostu staramy się wprowadzać coraz to kolejne elelementy do codziennego życia 🙂

  • Tati

    Maj 29, 2018

    Praktycznie wszystkie! Punkty 11 i 12 w ograniczeniu, z 14 słabo no i nie przekonuje mnie jedzenie obierków 😊

    • Koralina

      Maj 30, 2018

      Świetny wynik! 🙂 Co do obierków: zrobiłam kostki rosołowe z nich i jak się przez dobre sitko przeleje, to można się pozbyć wszelkich niechcianych drobinek, więc nie jemy obierków, ale efekt ich ugotowania 😉

  • Anonim

    Maj 28, 2018

    Swietny wpis, ja zawsze wychodze z założenia, ze ludzi w oszczędzaniu planety, przekona oszczędność w portfelu. Dla mnie opakowania i siateczki to zmora, jakoś w Europie tego tak nie zauważałam, ale tu w Australii, przynajmniej w nsw wciskają ci co chwila siateczki i pojemniczki, ostatnio ostro się nagławiam gdzie i co i jak kupować żeby nie marnować

    • TropiMy Przygody

      Maj 29, 2018

      Dziękujemy 🙂 Pamiętamy, jak to w Australii i Nowej Zelandii musieliśmy być ultra szybcy z naszą bawełnianką czy plecakiem na zakupach, aby nie zaczęli pakować nam w te foliówy i to jeszcze w 2 na raz o_O No i czasami zdziwieni musieli z tych folii wyciągać :p

    • W podróży. Od czasu do czasu

      Maj 29, 2018

      Azja to pod tym względem straszna zmora. Przykład pierwszy z brzegu – w Malezji chcieliśmy spróbować 5 czy 6 rodzajów roti i kobitka na tagu chciała nam każdy rodzaj wrzucić do osobnej reklamóweczki i potem wszystkie te reklamóweczki włożyć do 2 większych. 🙁 Była w szoku, że nie chcemy tyle plastiku.

  • RadzimySobie

    Maj 28, 2018

    Super wpis! Ostatnio się tym interesujemy, bo jednak w podróży za często się widzi śmieci w rowach, na plażach, w morzu… 🙁 i to nieograniczone użycie plastikowych torebek i słomek… i się człowiek łapie za głowę. Ale wiele z tych metod stosowaliśmy już wcześniej w Polsce, intuicyjnie 😉 Też zawsze robiliśmy jadłospis, a co za tym idzie listę zakupów na cały tydzień, żeby nic się nie marnowało (i w ramach oszczędności przed podróżą;)), chodziliśmy na zakupy ze swoją torbą lub plecakiem, a nasze telefony i laptopy są już mega stare – na szczęście Łukasz to złota rączka i zna się na elektronice, więc lubi naprawiać takie rzeczy i wymieniać części 🙂 i tak wieziemy nasz zepsuty czytnik e-booków przez pół świata, bo Łukasz twierdzi, że go naprawi po powrocie do Polski 😀 nowy kupiliśmy w Peru – używany oczywiście 😉 a po powrocie do kraju na pewno będziemy wprowadzać w życie więcej z Waszych pomysłów

    • TropiMy Przygody

      Maj 29, 2018

      Dziękujemy 🙂 Nam też zdarzało się reperować sprzęty w podróży (Ekwador, Boliwia) z wielkimi przebojami, ale służą nam do dziś 🙂 Dobrze, że coraz więcej osób zwracam na to uwagę. I dobrze, że tak ładnie “Radzicie Sobie” z tym 😉 Pozdrawiamy!

  • Anonim

    Maj 28, 2018

    Gratuluję, podziwiam, dziękuję i inspiruję się

  • An Ja

    Maj 28, 2018

    Ostatni punkt bardzo mi się podoba. Moja siostra sama robi taki wywar i mówi, że w smaku jest doskonały. Prawda jest też taka, że właśnie w skórce i bezpośrednio pod nią znajduje się najwięcej wartości odżywczych. Brawo Wy!

    • Bartek

      Maj 29, 2018

      Dokładnie, dlatego też wielu warzyw, które kiedyś obieraliśmy ze skórki, już nie obieramy. I np. pure z ziemniaków nieobranych wcale gorzej nie smakuje 😉

  • Magda | Dobrze podróżować

    Maj 27, 2018

    Bardzo ciekawe zestawienie! Sama stosuję część metod, choć dość mało świadomie – bardziej w wyniku oszczędności, diety itp. A moje “rethink” przy zakupach niespożywczych to standard. Choć to chyba mój problem z decyzyjnością, aniżeli świadoma dbałość o środowisko. Tak czy siak, nie lubię ślepego konsumpcjonizmu i kupowania masy ubrań, butów czy elektroniki.

    • Bartek

      Maj 29, 2018

      U nas to chyba podobnie się zaczęło, że część z tych rzeczy zaczęliśmy u nas w życiu stosować zanim jeszcze o zero waste zrobiło się głośno. I zaczęliśmy to robić z różnych powodów, ale liczy się efekt 🙂 Nas ta masa niepotrzebnych rzeczy przeraziła 3 lata temu jak pozbywaliśmy się niepotrzebnych rzeczy przed wyjazdem w świat i zbledliśmy jak zobaczyliśmy, ile tych niepotrzebnych rzeczy mieliśmy… drugi raz do tego nie dopuścimy 😉

Dodaj komentarz