Skip to content

TropiMy Przygody


Uluru- Australijskie serce z kamienia

Uluru- Australijskie serce z kamienia

Uluru. Czerwone Serce Australii. Wielka, czerwona skała stoi pośrodku bezkresnego, australijskiego interioru. Obok Opery w Sydney to właśnie Uluru było czymś, co od dziecka kojarzyło mi się z Australią. Czymś tak niedostępnym i dalekim, a jednocześnie na swój sposób magicznym, elektryzującym, owianym tajemnicą i historią, iż nie mogłem się doczekać dnia, gdy w końcu tam dotrę. No i się doczekałem. Zabieramy was dziś w podróż w sam środek rozgrzanego do czerwoności serca australijskiego Outbacku: Uluru, od wieków świętego miejsca Aborygenów, a obecnie miejsca „must see” setek tysięcy turystów. Ale po kolei.

Uluru (Oolora, znana też pod kolonizacyjną nazwą Ayers Rock) to formacja skalna położona na bezkresnych, australijskich stepach Outbacku, niegdyś uważana za największy skalny monolit świata ever, co – jak się okazało – jest nieprawdą z dwóch powodów. Po pierwsze, Mt Augustus w Australii Zachodniej jest ponad dwukrotnie większy, a po drugie Uluru wcale monolitem skalnym nie jest. Wchodzi w skład większej formacji skalnej, do której należą również pobliskie czerwone, postrzępione skały Kata Tjuta, które… akurat kiedyś być może były monolitem. A może nie 😉 Dojdziemy do tego. Opowiem również o innym, niesamowitym miejscu, położonym rzut kamieniem (300-kilometrowy rzut) od Uluru: wąwozie Kings Canyonon w Parku Narodowym Watarrka. Będzie też o tym, jak taki wyjazd zorganizować i jak uchronić się przed żarem lejącym się z nieba, a jest tu naprawdę srogo. To co, ruszamy?

Uluru – święta góra Aborygenów

Uluru z pewnością jest niesamowita, wrażenie robi już z dość znacznej odległości i nie dziwota, że na tak wielkim i sotsunkowo płaskim (oraz monotonnym) terenie obdarzana była wyjątkową czcią i szacunkiem przez miejscwych Aborygenów. Z podobnych przyczyn wiekim afektem tysiąc ileś lat temu Ślężanie na Dolnym Śląsku obdażyli górę Ślężę. Według wierzeń ludu Anangu góra została stworzona u zarania czasu jako dar od Pramatki. Będąc widocznym znakiem i boskim darem, Uluru związana była z procesem inicjacji, wejścia w dorosłe życie, a ludzie odbywali nawet paromiesięczne pielgrzymki, aby do niej dotrzeć. W jaskiniach u podnóża Uluru znajduje się zresztą sporo malowideł ściennych, dokumentujacych wspólną przeszłość góry oraz ludu Anangu, którzy obecnie na powrót zarządzają terenem parku.

Pomimo całej czci, jaką miejscowe narody otaczały Uluru, do niedawna jedną z atrakcji dozwolonych na Uluru było wejście, bardzo strome zresztą, na jej szczyt. Pomijając już kwestie bezpieczeństwa (wejście przypłacało życiem kilka osób rocznie), Lud Anangu apelował o szacunek dla świętego miejsca i zaniechanie tej aktywności, ale na nic to się zdawało. Wprawdzie w 1985 roku Aborygeni odzyskali te tereny, ale podpisać musieli dzierżawę na kolejnych 99 lat, gdzie zobowiązali się m.in. do pozostawianie szlaku na górę otwartym dla turystów. Jedyne, co im pozostawało to prośby do turystów o uszanowanie ich świętego miejsca i nie wchodzenie na górę. Z tego powodu nawet nam przez myśl nie przeszło, żeby na górę wchodzić, niestety kolejka do wejścia na górę była tak czy siak spora, kiedy my tam byliśmy. Na szczęście, po latach starań, 26 października 2019 roku, wejście na górę przestało być legalne, a  do dyspozycji turystów pozostają trasy u podnóża Uluru. Wcześniej zakazano również fotografowania z bliska pojedynczych fragmentów Uluru, miejsc szczególnie ważnych dla Aborygenów.

Niesamowitością tego miejsca jest czerwony kolor skały, za który odpowiedzialny jest nie żaden czar, tudzież niewyjaśniona anomalia, a… tlenek żelaza zawarty w skałach. Uluru przyjmuje różne kolory w zależności od pory dnia, ale nie tylko ze względu na wysokie temperatury (o tych pod koniec, bo to super ważne!) warto górę podziwiać o wschodzie i zachodzie słońca. Przybiera ona wtedy bardzo intensywny, wręcz krwisty kolor. Jedyny taki widok w życiu!

Zwiedzanie Uluru

  • Cena

3-dniowy bilet wjazdowy do Parku Narodowego (obejmuje również Kata Tjuta) kosztuje 25$ australijskich od osoby. Jeśli nasz pobyt trwać będzie dlużej, możemy zaopatrzyć się w bilet roczny (32.50$). 3-dniowa wejściówka dla rodziny (2 dorosłych + dwoje dzieci) kosztuje 65$. Bilety można kupić z wyprzedzeniem na stronie Australijskich Parków Narodowych lub przy wjeździe do parku w budce strażników.

  • Trasy

Uluru można obejść w całości! Uluru Base Walk, czyli trasa okalająca skałę liczy sobie ok. 10,5 km i powinna zająć 3-3,5 godziny. Jeśli nie czujecie się na siłach, to możecie również pokonać jedną z 4 krótszych tras, które są fragmentami tej głównej, a które zaczynają lub kończą się na jednym z parkingów w pobliżu. Jak już wspomniałem, do niedawna opcją legalną było również wejście na szczyt Uluru, ale w chwili, gdy czytacie ten tekst przeszło to do historii (hurra!). Legalną opcją jest za to spacer z lokalnym przewodnikiem/strażnikiem parku. Rusza on każdego dnia o 8 rano z parkingu Mala i trwa 1,5-2 godziny. W gorącym czasie (zwłaszcza australijskim latem) spacer dookoła góry należy zakończyć do 11, zresztą jeśli pojawicie się pod Uluru zbyt późno to zastaniecie zamknięte wejście. Przy ekstremalnych upałach (a może być tam 45 stopni i więcej) trasy mogą być zamknięte permanentnie.

  • Internet

Spotkało nas w tej kwestii spore zaskoczenie, bowiem w paru miejscach w Parku Narodowym jest… wifi! Może nie pod samą górą, ale jak pojedziecie na punkt obserwacyjny do podziwiania wschodów i zachodów słońca oraz do tzw. Centrum Kulturowego, to słaby bo słaby, ale internet będzie. Nawet jakieś niesamowite instagramy wrzucicie bezpośredno stamtąd.

  • Noclegi

Na terenie Parku Narodowego obowiązuje zakaz kempingowania. Najbliższe legalne miejsce noclegowe to quasi miasteczko Yulara, znana także jako Ayers Rock Resort. To takie połączenie resortu z lotniskiem, centrum handlowym, stacją benzynową i pocztą. Nie poszalejecie tu za bardzo. Resort ma trzy części, 3-, 4- i 5-gwiazdkową. Jeśli chcecie po przylocie mieć klimatyzację (a gorąco tam jak w piekarniku), basen i pościel, to sprawdźcie noclegi w Ayers Rock z wyprzedzeniem i rezerwujcie szybko, bo przy samym Uluru to wasza jedyna opcja na kimę w pościeli i klimie. Macie również hostel światowej sieci YHA: hostel Outback Pioneer Hotel and YHA Lodge za jakieś 40$ za osobę za noc w dormie. O ile w ogóle uda wam się zarezerwować tu nocleg, bo to jedna z tańszych opcji, więc rozchodzi się jeszcze szybciej niż te w resorcie. Są też kempingi. Pole namiotowe w resorcie to koszt 36$ za namiot. Za noc. To sporo nawet jak na Australię. Możecie też, tak jak my, spać w aucie lub namiocie wyjeżdżając kawałek poza Yularę (w kierunku na Kings Canyon), w aplikacjach takich jak Wiki Camps znajdziecie oznaczone miejsca. Upewnijcie się tylko wcześniej, najlepiej na stronie prowincji, że można w danym miejscu zostać legalnie. To, że jest w apce, nie oznacza, że jest legalne. No i pamiętajcie, nie zostawiamy nigdzie śmieci! Raz, że należy dbać o miejsce, które odwiedzamy, a dwa, że w Outbacku śmieci mogą ściągnąć w nocy dzikie psy (dingo). Jest jeszcze jedno miejsce noclegowe, kawałek dalej w kierunku na Kings Canyon, ale o tym poniżej.

  • Dojazd

Do Uluru dostać się możecie jedną z niewielu dróg asfaltowych przecinających Outback (od Darwin lub Alice Springs) lub przylecieć samolotem. Loty odbywają się z każdego z większych australijskich miast bezpośrednio do Yulary.

  • Warto wiedzieć

Dookoła Uluru oznaczone są święte miejsca, w których nie wolno fotografować Uluru ani nawet się do niej zbliżać. Wodę pitną uzupełnić można w Centrum Kulturowym, na parkingu Mala oraz po przeciwnej stronie góry. Toalety znajdują się w 3 miejscach w pobliżu Uluru, jak widać na mapce. Pamiętajcie, aby zabrać ze sobą śmieci!

Kata Tjuta, mniej znana siostra Uluru

Raptem 30 kilometrów od Uluru, znanej na cały świat czerwonej skały-nie skały, serca Australii i jednej z jej wizytówek, leży jej wcale nie mniej fantastyczna siostra. Kata Tjuta, co oznacza „wiele głów”, to miejsce święte dla ludzi Tjukurpa i Anangu. Prawdopodobnie była kiedyś jedną formacją skalną z Uluru, ale wiecie: lata lecą, rzeczy się zmieniają. Ludzie się zmieniają, formacje skalne też. Ta rozpadła się na „wiele głów”, co fajnie uzupełnia się ze zwiedzaniem Uluru, które obchodzi się dookoła, a do wnętrza Kataa Tjuty można wejść! I to czyni ją nie mniej wyjątkową od Uluru.

Zwiedzanie Kata Tjuta

  • Cena

Obowiązuje ten sam bilet, co na Uluru, o którym pisałem wyżej.

  • Trasy

Po pierwsze, możecie przyjechać tu tylko na wschód lub zachód słońca (przeznaczone są do tego, jak widać na mapce dwa osobne punky widokowe), ale to byłoby wielkim marnotrawstwem. Do wyboru są dwie piesze trasy, ale i tu, podobnie jak z Uluru, najlepiej skończyć je przed 11, ponieważ upały w tych miejscach to nie śmieszkowanie klimatycznych denialistów, że fajnie jak lato jest cieplejsze, a prawdziwy żar lejący się z nieba i wbijający w spękaną, suchą ziemię. Pierwsza trasa, Walpa George, pomiędzy dwoma wielkimi formacjami skalnymi zajmie wam ok. godziny. Druga, Valley of the Winds (Dolina Wiatrów – i rzeczywiście, może dmuchnąć) to 2-3 opcje. Możecie przejść pierwszy, krótki i łatwy odcinek między skałami do punktu widokowego (godzina w obie strony) albo zrobić część lub całość dalszej trasy, czyli pętli wewnątrz Kata Tjuta (7,4 km, oficjalnie 4 godziny). Bardzo polecamy tę trasę, tylko trzeba założyć coś lepszego na nogi niż trampki czy stare sandały. Wiemy, że będzie mega gorąco, ale musicie wiedzieć, że przez jeden etap, gdzie trzeba wspiąć się po skale i z niej zejść, trasa oznaczona jest jako trudna. My w średniej jakości lekkich butach trekingowych daliśmy radę, ale dziewczyny w laczkach idące obok nas miały problem z wejściem i zejściem.

  • Internet

Jest, a jakże! Najbliższy internet znajduje się przy wjeździe do parku (w Centrum Kulturowym) oraz w resorcie.

  • Noclegi

Te same, o których pisałem powyżej, przy Uluru.

Kings Canyon na deser

Przylecieliście tu, by spełnić marzenie i zobaczyć Uluru. W trakcie przygotowań zobaczyliście, że obok są równie piękne skały, Kata Tjuta. Nieźle, nie? Schodziliście wszystko, macie jeszcze dzień czy dwa do wylotu (lub drogi powrotnej do Alice Springs, a czasem dalej przez Outback) i nie wiecie, co z nimi zrobić? Nie musicie szukać więcej, bo najbliższa okolica (raptem 300 kilometrów dalej przez pustynię) trafić możecie na kolejny cud natury, bardzo pięknie przez Matkę Ziemię stworzony. Kings Canyon, czyli kanion mieszczący się w Parku Narodowym Watarrka to 300-metrowe ściany z piaskowca (może nie tak wysokie jak te w Kanionie Colca, ale też robą wrażenie), dziwne formy skalne i… wiele niespodzianek na trasie oraz panoramiczny widok na otaczającą kanion płaską jak stół pustynię i czerwone wydmy. Będąc tak „blisko”, naprawdę szkoda byłoby tego nie zobaczyć.

Zwiedzanie Kings Canyon

  • Cena

Za darmoszkę!

  • Trasy

Najbardziej polecaną jest tzw. „Rim Walk”, czyli trasa biegnąca dookoła kanionu po jego szczycie. Ma ok. 6 kilometrów i średnio potrzeba 3-4 godzin na jej przejście. Wybierając się na trasę, zacznijcie jak najwcześniej (my wystartowaliśmy ok. 6 rano), bo w kanionie naprawdę srogo grzeje. Pamiętajcie o dobrych butach i odpowiedniej ilości wody (jeśli nie znacie na tyle dobrze swojego ciała to weźcie min. litr na każdą godzinę marszu). Pierwszy etap to tak naprawdę jedyna trudna część, bowiem trzeba się wspiąć na górę kanionu po bardzo stromym podejściu. Później jest już raczej płasko lub z górki. Na trasie czekają na was kosmiczne formy wyrzeźbione przez naturę w piaskowcu, magiczny „Ogród Eden” i widok na pustynię oraz wydmy.

  • Internet

Może zaskakujące, ale… i tu, na takim pustkowiu możecie skorzystać z darmowego internetu! Hot spot znajduje się pod daszkiem z ławkami przy starcie trasy.

  • Nocleg

Curtin Springs – po drodze do Kings Canyon, jakieś 90 kilometrów od Yulary znajduje się całkiem przyjemny zajazd/stacja benzynowa/sklep/bar/pole namiotowe. I to z prysznicami! Pole namiotowe jest darmowe, dlatego pamiętajcie, aby uszanować starania właścicieli i jeśli możecie sobie pozwolić na wydatek, to polecamy coś zjeść lub napić się chociaż czegoś zimnego (a w taką pogodę jaką prawdopodobnie będziecie mieli, uwierzcie mi, dwa razy was namawiać nie będę musiał) w zamian za gościnę. Jeśli macie więcej monet i nie chcecie spać na naprawdę twardej, australijskiej glebie, to tu znajdziecie ich noclegi.
Salt Creek Rest Area – darmowy parking/postój, na którym można przekimać, ale znajduje się 90/100 kilometrów od Kings Canyon.  Trochę daleko, jeśli chcecie przed świtem zacząć wspinanie na kanion, zwłaszcza że przed świtem istnieje większa szansa, iż jakaś zwierzyna wyskoczy wam przed maskę.
Kings Creek Station – hotel z barem i polem namiotowym tuż przy Kings Canyon. Całkiem drogi, ale jaki stamtąd zachód słońca można podziwiać w bezpośrednim sąsiedztwie kanionu! Samo pole namiotowe już swoje kosztuje, ale zostając tutaj można wcześnie zacząć wspinaczkę na górę kanionu. Pełną ofertę znajdziecie tutaj.
Kings Canyon Resort – w tej okolicy wszystko jest drogie (w końcu to sam środek bezkresnego interioru), dla nas dosyć drogie były nawet pola namiotowe, więc do tego miejsca nawet nie zajrzeliśmy. Luksusowy resort w samym centrum parku, więc może być miejsce kozak, ale na to trzeba już pewnie skarbca monet. Jak go macie to śmiało! Ceny znajdziecie tutaj.

Szukacie ciekawych miejsc w Australii? Zajrzyjcie na stronę o kraju Down Under na naszym blogu!

Bonus: Outback, co należy wiedzieć przed wyjazdem

Czym poruszać się w Outbacku?

Odpowiedź jest krótka: samochodem. Najpewniej przylecicie samolotem do Yulary (Ayers Rock) lub do Alice Springs. W obu miejscach bez problemu można wypożyczyć samochód, z tym, że w Ayers Rock tylko osobowe (obowiązkowo będzie z klimatyzacją, innych tam nie wypożyczają), a w Alice Springs również campery. Pamiętajcie jednak, że wypożyczonym samochodem nie można zjeżdżać poza asfaltowe drogi. Akurat w Outbacku, gdzie ziemia czerwona, a samochody z wypożyczalni białe nie da się tego ukryć. Jest też możliwość wykupienia wycieczki autokarem zarówno z Ayers Rock, jak i Alice Springs, ale my nie polecamy. Zapłacicie jak za zboże, będziecie uzależnieni godzinowo od organizatora i jeszcze będziecie wszędzie tłoczyć się z milionem innych turystów (wasz autokar nie będzie jedyny). Samochód daje wam możliwość bycia pod Uluru, Kata Tjutą lub Kings Canyon szybciej, zanim wszystkie autokary się tam zjadą.

Zasięg w Outbacku

Nie zdziwcie się, jak mając czy to polski czy australijski nmer po wyjechaniu z Yulary… stracicie zasięg do momentu, gdy do niej nie wrócicie. Jesteście w centrum Outbacku, czyli na bezkresnym pustkowiu australijskim – wprawdzie turystycznym, ale jednak pustkowiu. Czy istnieje zatem szansa na połączenie, zwłaszcza alarmowe? Tak! Wypatrujcie przy drodze anten z zasięgiem. Przy odpowiednio długim łapaniu sygnału macie szansę na jedną, może dwie kreski 😉

UPAŁ: poradnik przetrwania

Outback pogodowo to nie przelewki, a pomiędzy październikiem a marcem temperatury tam poniżej 36 stopni raczej nie spadają, a potrafią być o 10 i więcej stopni wyższe. Nas przywitało przyjemne (hehe) 42 stopnie, w cieniu rzecz jasna. Na szczęście w kolejne dni ochłodziło się (hehe) i spadło lekko poniżej 40, ale i tak piekarnik był srogi. Zwłaszcza, gdy zwiedzanie kończycie przed 11 i później do końca dnia już tylko chowacie się przed upałem. Poniżej kilka porad co należy zrobić, aby ten piekarnik nie zrobił wam poważnej krzywdy:

  • Woda. Niby banalne i oczywiste, a później siedzisz po zakończonym trekkingu na Kings Canyon, podchodzi do Ciebie para turystów i pyta, jak trasa i czy „tak” mogą iść. Tak w tym przypadku oznaczało trampki i JEDNĄ! małą butelkę wody na dwie osoby. Oficjalne źródła podają dla tych temperatur litr wody na godzinę. Nie tylko niesiony, ale i pity. 
  • Obuwie. Niby kolejny banał, a jednak. Pamiętajcie, aby nie było za ciężkie, wygodne i w miarę „oddychające”. Powinno mieć też dobrą, trzymającą się podłoża podeszwę. Żadne japonki, trampki czy inne laczki.
  • Ochrona przed słońcem. Koniecznie! W najgorszym upale i tak nie powinniście chodzić, ale zaczynając trekking wcześnie rano słońce i tak was dopadnie. Pierwsza i najważniejsza rzecz to oddychające ciuchy, którymi zakrywamy tyle, ile możemy. Czego nie zakryjemy – smarujemy kremem z filtrem UV 50+ (nie żadne tam 5 czy 8+). Do tego czapka z daszkiem lub inne nakrycie chroniące głowę.
  • Godziny otwarcia. Sprawdźcie prognozy temperatur i jeśli są one naprawdę wysokie, pamiętajcie, aby skończyć trekking przed 11 i do parku wrócić dopiero na zachód słońca.
  • Jeśli nie jesteście przekonani co do swoich możliwości fizycznych oraz wytrzymałości w wyjątkowo wysokich temperaturach, to może zrezygnujcie z trekkingu na rzecz podziwiania kanionu czy skał z dystansu. Wschody i zachody słońca w tym miejscu zrobią na was i tak ogromne wrażenie.
  • Zawsze przestrzegajcie znaków informacyjnych, zwłaszcza tych dotyczących bezpieczeństwa i miejsc, w których nie wolno fotografować.
  • Siatka ochronna na twarz przeciw owadom. Może być to dobry pomysł, ale nie jest ona potrzebna przez cały rok. Nie musicie kupować jej wcześniej, na miejscu kupicie je w sklepach z pamiątkami tudzież miejscowym supermarkecie za kilka dolarów.
  • Dzikie zwierzęta. Nie zobaczycie ich jakoś przesadnie dużo, ale… nocując poza hotelem możecie natknąć się na dzikie psy dingo. Lepiej ich nie zaczepiać. Słyszeliśmy historie backpackerów pogryzionych przez dzikie psy, bo chcieli je tylko pogłaskać. Prawda czy nie, lepiej takich rzeczy nie próbować. Uważajcie też na pająki i inne małe, ale groźne żyjątka i nie chodźcie (szczególnie po zmroku) na kempingu lub tam gdzie zostajecie na noc w samych japonkach lub na boso. Może to się nieciekawie skończyć.
  • Pamiętajcie, że Uluru jest miejscem świętym dla miejscowej ludności, więc okażcie należyty szacunek.
  • Śmieci zabierajcie ze sobą!

Są takie miejsca na Ziemi, gdzie człowiek mógłby stać i gapić się godzinami. I chciałby wrócić i gapić się znów. Dla nas takim miejscem było zdecydowanie Uluru oraz Kata Tjuta, ale też np. Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna). Macie takie swoje zachwycające miejsca? Pochwalcie się nimi w komentarzach!

zarezerwuj lot
zarezerwuj nocleg
wypożycz campera
Jeśli zarezerwujecie lot, noclegi lub campera za pomocą powyższych linków, my dostaniemy parę groszy. Waszej rezerwacji nie zrobi to różnicy, a my wprawdzie kokosów nie zarobimy, ale zawsze na jakiś obiad czy wino się uzbiera 🙂 Dziękujemy!

Dodaj komentarz