Do dopełnienia relacji z podróży po Rumunii, Mołdawii i Ukrainy zabrakło już tylko zdjęć. A zatem oto i one.



Do dopełnienia relacji z podróży po Rumunii, Mołdawii i Ukrainy zabrakło już tylko zdjęć. A zatem oto i one.
To, że tu cicho ostatnio było, wcale nie znaczy, że z Mediolanu nie wróciliśmy 🙂 Wróciliśmy i mamy się całkiem dobrze, tylko jakoś mi się nie złożyło wcześniej napisać. Bawiliśmy się świetnie, najedliśmy pizzy, sera, opiliśmy kawy i… wyskoczyliśmy do Lugano w Szwajcarii! Tam mieliśmy okazję kupić pyszną czekoladę i usiąść na krowie:) Jeśli chodzi o pizzę, to polaliśmy ją oliwą z papryczki piri piri. Wypaliło zdrowo:)
Początkowo z Chefchaouen chcieliśmy pojechać do Asilah, ale niestety nie było bezpośredniego autobusu – musielibyśmy przesiadać się w Tangerze, do którego i tak kolejnego dnia byśmy wrócili. A przecież nie pojechaliśmy tam żeby się spieszyć. Postanowiliśmy więc ostatnie 2 dni zostać w Tangerze.
W Maroku są 2 typy autobusów: CTM (państwowe) i wiele mniejszych, prywatnych przewoźników. CTM jest trochę droższe, ale klimatyzowane, nowsze, czystsze, szybsze i, przede wszystkim, odjeżdża zgodnie z rozkładem jazdy (powinnam raczej zacząć od tego, że CTM ma rozkłady jazdy). Właśnie takim autobusem postanowiliśmy pojechać z Fezu do Chefchaouen, głównie ze względu na oszczędność czasu. To był dobry pomysł (dlaczego? o tym później).
Wjeżdżając do Czarnogóry złapaliśmy prom na stopa! Po Zatoce Kotorskiej pływają promiki i obsługa pobiera opłatę za samochód. Jako że my bez samochodu byliśmy (akurat wtedy nie wzięliśmy), to mieliśmy kurs za darmo. Zaczęliśmy też korzystać z tutejszej komunikacji.
Jeszcze całkiem do niedawna Finlandia kojarzyła mi się ze Św. Mikołajem, zimnem i wódką. Obecnie, po spędzeniu 4 miesięcy w Kraju Reniferów kojarzy mi się on przede wszystkim ze Św. Mikołajem, zimnem i ciemnością, wódką, spokojem, przyrodą, sauną i, oczywiście, z reniferami. Każde z tych skojarzeń wymaga wyjaśnienia, co poniżej uczynię.
To był ciekawy weekend z dala od cywilizacji. Tak właśnie wielu Finów spędza weekendy. Daleko od miasta, bez udogodnień, na łonie natury Po 7-kilometrowym spacerze dotarliśmy do domku nad jeziorem w środku lasu.
Zanim o dzisiejszym wypadzie do Raumy, wrócę do wczorajszego wieczoru. Zostałam królową „vip party”:) Główną zaletą tej imprezy, było to, że była kameralna, co odróżniło ją od wszystkich pozostałych. Zamiast jakiejś setki osób, było ok. 20. Potem poszliśmy do klubu, bo ze specjalną kartą, którą rozdawali na poprzedniej imprezie (której nie mam, ale bez niej też udało się wejść) od 22 do 24, alkohol był ZA DARMO. To wymaga wyjaśnienia. Przy wejściu dostawało się swoją szklankę i można ją było do upadłego (lub do północy) uzupełniać piwem, ciderem lub ginem z czymś tam. Nawet nie było zbyt wielkiej kolejki do baru, choć wszyscy ciągle uzupełniali szklanki.