Wielki dzień zbliża się nieubłaganie. Od wylotu dzieli nas zaledwie 35 dni! O tym, że lecimy do Panamy już wiecie. I to właściwie tyle. Uchylamy więc rąbka tajemnicy. Niekończąca Się Podróż Poślubna, bo tak ją nazwaliśmy, jest tuż tuż!
Już tylko 45 dni (wow!) dzieli nas od momentu, w którym wsiądziemy na pokład samolotu lecącego do Panamy z biletem w jedną stronę. Niby całkiem sporo czasu, ale to jednak bardzo mało, biorąc pod uwagę, co jeszcze musimy zrobić przed naszą podróżą dookoła świata. A zatem, rozpoczynamy przygotowania pełną parą!
Co trzeba zrobić po ślubie? Pojechać w podróż poślubną! Banał, który każdy zna. A niby po co jechać od razu w podróż poślubną? My najpierw podjęliśmy decyzję o podróży, a dopiero później o ślubie przed nią. 2,5 miesiąca przed nią. Tak, żeby był czas na przygotowanie się zarówno do ślubu (jednak to wydarzenie pochłania dużo czasu i energii), jak i potem już tylko do podróży.
Szykując się do długiej podróży dookoła świata jedną z ważniejszych spraw jest zorientowanie się, jakie szczepienia przed wyjazdem są niezbędne lub mogą się przydać w regionach, do których jedziecie. Oczywiście usłyszeć możecie wiele historii ludzi, którzy przemierzyli cały świat nie będąc zaszczepionymi na nic, ale czy warto ryzykować?
Świdnica – miasto na Dolnym Śląsku, o którym napisano już bardzo wiele. Nie będę was zatem zanudzać jego historią, dywagacjami nt. pochodzenia nazwy, datą lokacji czy zarysem historii od pierwszych Piastów do ostatnich Niemców. Nie będę pisać o tym, że kiedyś Świdnica była ważniejsza w regionie niż Wrocław. Nie wspomnę o tym, iż była wiodącym ośrodkiem handlu i siedzibą jedynego niezależnego i niepodbitego księstwa Piastowskiego, podczas gdy wszystkie ziemie dookoła uznać już musiały obcą zwierzchność.
Lubię Kraków. Byłam w nim już tyle razy, że przestałam go traktować jak miasto, które się zwiedza. Stolica Małopolski zawsze ściąga mnie do siebie w konkretnym celu. Nie inaczej było tym razem. Tylko, że tym razem cel był inny: turystyczny. Dzięki temu spojrzałam na to miasto okiem turysty, który przyjeżdża do Krakowa spędzić weekend żeby zobaczyć atrakcje Krakowa.
Dziś mija 6 lat odkąd założyłam blog. Dokładnie za 3 miesiące od dziś będziemy siedzieć w samolocie lecącym do Panamy, gdzie rozpoczniemy naszą największą przygodę, podróż dookoła świata. Dlatego dziś opowiem wam o książce „Przez Trzy Ameryki” Tomasza Gorazdowskiego, bo ona łączy te dwa wydarzenia. Jak? Opowiada o miejscach, do których się podczas naszej podróży wybierzemy, a z okazji urodzin bloga 3 egzemplarze książki rozdamy wam.
Celów wyjazdów jest chyba tyle, ilu wyjeżdżających ludzi. Niektórzy chcą rokrocznie „odhaczyć” jak najwięcej miejsc w kolejnym miejscu. Inni wyrywają się na dłuższy (zazwyczaj 2 tygodniowy) urlop w poszukiwaniu pogody i relaksu. Kolejni stawiają na aktywny wypoczynek. Jeszcze inni stwierdzą, że nie warto podróżować i nie będą wydawać pieniędzy na jakieś głupoty typu wyjazdy, bo wolą rozrywki po pracy. Zwłaszcza takie pokroju kredytu na mieszkanie i śledzenie franka. Są też opcje mieszane.
W ostatnich czasach podróżowanie przechodzi w kolejną fazę rozwoju. Do niedawna dominowały dwie przeciwstawne koncepcje – backpacking oraz turystyka zorganizowana. Na temat obu powstało już tysiące artykułów, a spór która z filozofii jest lepsza pozostaje raczej akademicki. Na arenę podróżniczą wkracza przebojem w ostatnich czasach nowe zagadnienie, które nawet jeśli nie wyprze poprzednich dwóch, to może bardzo dużo do nich wnieść. Slow travel, czyli brak pośpiechu w podróży.
Trolltunga, czyli Język Trolla. Półka skalna w Norwegii, którą amerykański magazyn The Huffington Post uznał za najlepsze miejsce do zrobienia sobie selfie. I ludzie przylatują z całego świata, żeby na Języku Trolla stanąć i cyknąć zdjęcie. Poszliśmy i my. Po co? Po piękne widoki, skórę spaloną słońcem, odnowione i nowo nabyte kontuzje w nogach. Ach, no i po to zdjęcie, które niektórzy przypłacają łzami.

