Alicante to dziwne miasto, którego nie potrafię jednoznacznie określić i zakwalifikować. Z jednej strony niczym specjalnym mnie nie urzekło i niekoniecznie chcę do niego wrócić. Z drugiej – nie do końca jest kurortowe, pomimo że kurortem jest. Nie ma też pięknej, zapierającej dech w piersiach starówki, ale ma taką całkiem sympatyczną.
Nawet nie wiem, kiedy zleciał ostatni miesiąc. Bo to już niestety ponad miesiąc minął od powrotu z Andaluzji. Wspominanie rozpocznę od drogi. Bo ta nasza droga była niesamowita, co już sygnalizowałam z Hiszpanii (tutaj).
Zapewne tak, jak jest się w posiadaniu kampera. A co jak ma się Matiza? To samo. Nasz andaluzyjski Groszek (czytaj: zielony Matiz) był nam nie tylko środkiem transportu, ale czasem też stołówką, sypialnią i łazienką. A dlaczego nie jak normalni ludzie, w hotelu czy hostelu? Przecież tam prysznic, normalna kuchnia, normalne łóżko. Cóż, taki był nasz wybór. Nie każdej nocy musimy mieć łóżko, więc jest to dość oczywista oszczędność pieniędzy, ale wbrew pozorom to nie główna zaleta.
Kategorie Hiszpania
Północ-południe Andaluzji
Nasza andaluzyjska podróż podzielona jest na dwie mniej więcej równe części. Nie tylko ze względu na okrężną trasę, której najdalszym punktem była prowincja Sevilla, ale też wedle podziało miasta-wioski i ląd-wybrzeże. Pierwszy tydzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie miast na górze Andaluzji (Granada, Gaudix, Cordoba, Sevilla), a od środy poruszamy się od Cadiz wybrzeżem, niestety, w stronę lotniska w Alicante.
Tym razem będzie trochę inaczej. Nie będę pisać o tym, co, gdzie i kiedy widzieliśmy (to znaczy będę, ale dopiero po powrocie, razem ze zdjęciami i obszerniej), ale o jakichś drobnostkach lub przemyśleniach „na gorąco”. Było już o śpiworach (btw, radzimy sobie bez nich całkiem nieźle), zatem czas na uwagi kierowcy.
Nie zacznę od tego, że jest super, słońce pięknie świeci, ludzie uśmiechnięci i mili, a jedzenie dobre. Nie, zacznę od tego, że przed wyjazdem warto jednak robić listę rzeczy do zabrania. Jeszcze do niedawna praktykowałam ten zwyczaj ze skrupulatnym wykreślaniem poszczególnych punktów z listy. Ale przestałam. Teraz już wiem, dlaczego był to błąd.
Przedstawiam Wam Wenecję (i okolice) wyjętą rodem z lat 80-tych! I wcale nie wykopałam tych zdjęć z albumów rodziców, tylko zrobiłam sama. Może już zdążyliście zapomnieć (to tylko 36 klatek, a tak wolno powstają nowe), ale od ponad roku fotografuję też analogowo.
Rozwiązuję zagadkę, bo wiem, że zagryzaliście zęby z ciekawości i już nie mogliście się doczekać informacji, co to za miejsce przywiodło nas na Lido 😉 Popłynęliśmy tam specjalnie do Ospedale al Mare (szpital nad morzem), który to został opuszczony kilka lat temu.
Ostatni, a właściwie połowicznie ostatni wpis poświęcony wypadowi do Wenecji będzie o wyspie Lido. Wąska, licząca 12 kilometrów długości wyspa jest osiągalna z Wenecji za pomocą vaporetto. Wyspa słynie z drogich hoteli i apartamentów oraz prywatnych plaż i zwana jest „plażą Wenecji”. Nie zmienia to faktu, że jest urocza i warto na nią popłynąć i zwiedzić. Najlepiej rowerem. Dlaczego? Bo można zjechać ją w całości nie tracąc na to zbyt wiele czasu, bo rower jest fajny, bo można go wypożyczyć za przyzwoitą kwotę. I to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Pogoda sprzyjała, nogi pedałowały, a oczy latały wkoło głowy! Wycieczkę rowerową po Lido zakończyliśmy nad brzegiem morza piknikiem.
Treviso bywa często traktowane tylko jako miejsce przylotu samolotu z turystami chcącymi odwiedzić Wenecję. A to błąd. Miasteczko jest urocze i warte odwiedzania. Można do Treviso wpaść na kilka godzin – choćby dwugodzinny spacer będzie wystarczający.

