Kwiecień, zaczyna się wiosna. Zielenieją trawy i drzewa, oczy cieszy widok kwiatów, zaczyna się sezon grillowy i piknikowy. Nie wszędzie jednak. Jest ok. 0 stopni Celsjusza, mnóstwo śniegu, zero świeżej zieleni, ale za to słońce mocno ogrzewa twarz. To kwiecień w Arvidsjaur leżącym w szwedzkiej Laponii. Czasem bywa tak, że trafiamy w miejsca, o których nie pomyślelibyśmy, że się w nich znajdziemy. Właśnie tak trafiłam niedawno na północ Szwecji. I kiedy Facebook i Instagram zapełniał się zdjęciami nowych liści, kwiatków, ja chodziłam opatulona w ciepły komin, uważając, aby nie poślizgnąć się na chodniku.
Dostałam do zrecenzowania książkę „Pisane słońcem” autorstwa Maćka Roszkowskiego. Niebawem będzie miała swoją premierę, a mi było dane przeczytać ją trochę szybciej i podzielić się z Wami refleksją na jej temat.
Kategorie Małopolska
Nowa Huta, Kraków i Trzy Żywioły
Weekend spędziliśmy podróżując po najdalszych i najdzikszych zakątkach naszego globu. Lądem, morzem, zamarzniętym Bajkałem i powietrzem. Od Patagonii przez Przylądek Igielny, Syberię, Australię po Wyspy Pacyfiku. O podróżach odbytych trabantem, jachtem, rowerem czy choćby nogami. Ależ było pięknie i ciekawie!
Cadiz to kolejne miasto andaluzyjskie, w którym fajnie byłoby przez chwilę pomieszkać. Nie jest wyjątkowo zachwycające, nie ma czegoś, co sprawia, że serce bije szybciej. Jest przyjemne. Nie za wielkie, nie za małe.
Myślę, że stolica Andaluzji i kultury flamenco byłaby fajnym miastem do życia. Sevilla jest mniej więcej wielkości Wrocławia, więc nie za mała, ale też nie za duża. Wprawdzie nie zakochałam się w tym mieście, ale przez jakiś czas mogłabym w nim mieszkać. Dlaczego? Ma jakiś taki fajny klimat. Chociaż mówiąc o Sevilli z punktu widzenia turysty, warto ją z pewnością odwiedzić, ale raczej nie rzuca na kolana. Przynajmniej mnie nie rzuciła. Ale warto przyjechać chociażby dla jednej rzeczy: pokazu flamenco.
Podczas gdy ja jestem gdzieś pomiędzy Porto a Lizboną (o czym nie pozwalam Wam zapomnieć za pomocą Facebooka i Instagrama), Wy możecie poczytać o mieście leżącym stosunkowo niedaleko stąd, a mianowicie o hiszpańskiej Cordobie, aby pozostać w tym południowym klimacie, w którym ja teraz jestem (choć nie jest aż tak ciepło, jak było w Cordobie).
Raz na jakiś czas słyszę pytanie: „znowu gdzieś jedziesz??” albo od tych, którzy zdążyli się już do tego przyzwyczaić, zamiast „dzień dobry” pada: „dokąd tym razem?” lub „jaką podróż teraz planujesz?”. Ostatnio ponownie takie pytanie dotarło do mych uszu i pomyślałam, że w tym przecież nie ma nic dziwnego, czyż nie? No to dlaczego się tak dziwią?
Granada jest inna od pozostałych, andaluzyjskich miast. Chyba jedyną znamienną i wspólną rzeczą tych miast jest fakt, że można wjechać do ścisłego centrum (o traumie z tym związanej już pisałam z samej Granady). Poza tym jednak Granada jest inna: starówka wręcz kipi arabskością.
Nie wiem dlaczego to tak działa, że podsumowania i plany snujemy zawsze pod koniec starego roku, a nie np. w sierpniu, bo niby co za różnica? Ale skoro tak jest i już to ja też podsumowuję i snuję nowe, wielkie plany w grudniu, a nie w maju. Pod koniec 2012 roku samolubnie życzyłam sobie więcej podróży i więcej pieniędzy, żeby można było te wszystkie wyjazdy bez problemu sfinansować.
Nawet nie wiem, kiedy zleciał ostatni miesiąc. Bo to już niestety ponad miesiąc minął od powrotu z Andaluzji. Wspominanie rozpocznę od drogi. Bo ta nasza droga była niesamowita, co już sygnalizowałam z Hiszpanii (tutaj).

