Raz na jakiś czas słyszę pytanie: „znowu gdzieś jedziesz??” albo od tych, którzy zdążyli się już do tego przyzwyczaić, zamiast „dzień dobry” pada: „dokąd tym razem?” lub „jaką podróż teraz planujesz?”. Ostatnio ponownie takie pytanie dotarło do mych uszu i pomyślałam, że w tym przecież nie ma nic dziwnego, czyż nie? No to dlaczego się tak dziwią?
Podróże dzielą się na te duże i małe. Te drugie mogą być bardzo, bardzo małe. Taką właśnie podróż dziś odbyłam. Pojechaliśmy na wrocławski Brochów.
Granada jest inna od pozostałych, andaluzyjskich miast. Chyba jedyną znamienną i wspólną rzeczą tych miast jest fakt, że można wjechać do ścisłego centrum (o traumie z tym związanej już pisałam z samej Granady). Poza tym jednak Granada jest inna: starówka wręcz kipi arabskością.
Nie wiem dlaczego to tak działa, że podsumowania i plany snujemy zawsze pod koniec starego roku, a nie np. w sierpniu, bo niby co za różnica? Ale skoro tak jest i już to ja też podsumowuję i snuję nowe, wielkie plany w grudniu, a nie w maju. Pod koniec 2012 roku samolubnie życzyłam sobie więcej podróży i więcej pieniędzy, żeby można było te wszystkie wyjazdy bez problemu sfinansować.
Nasza krótka wizyta w Gaudix była zupełnie niezaplanowana i trochę przypadkowa. I takie są najfajniejsze! A wyglądało to tak: w drodze z Alicante do Granady spojrzałam do przewodnika, co o Granadzie mówi. I natknęłam się na wzmiankę o troglodytach w Gaudix. Mieliśmy jakieś 20 kilometrów do zjazdu z autostrady, więc jeśli przewodnik otworzyłabym 10 czy 15 minut później, byłoby za późno. Postanowiliśmy zboczyć z trasy i zobaczyć, jak wyglądają jaskinie współczesnych ludzi.
Alicante to dziwne miasto, którego nie potrafię jednoznacznie określić i zakwalifikować. Z jednej strony niczym specjalnym mnie nie urzekło i niekoniecznie chcę do niego wrócić. Z drugiej – nie do końca jest kurortowe, pomimo że kurortem jest. Nie ma też pięknej, zapierającej dech w piersiach starówki, ale ma taką całkiem sympatyczną.
Nawet nie wiem, kiedy zleciał ostatni miesiąc. Bo to już niestety ponad miesiąc minął od powrotu z Andaluzji. Wspominanie rozpocznę od drogi. Bo ta nasza droga była niesamowita, co już sygnalizowałam z Hiszpanii (tutaj).
Pewnego sierpniowego wieczora zaczęłam przeglądać zdjęcia z różnych podróży i co chwilę uśmiechałam się na widok jakichś absurdalnych, śmiesznych lub dziwnych rzeczy i zdarzeń, które napotkałam podczas szwędania się tu i ówdzie. Tak powstała poniższa galeria. Dopiero jak zaczęłam przeglądać zdjęcia w poszukiwaniu tychże klatek, to się okazało, że tego typu smaczków można znaleźć mnóstwo na każdym wyjeździe, nawet tym do wioski obok. Ba, nawet podczas zakupów w sklepie osiedlowym.
Przedstawiam Wam Wenecję (i okolice) wyjętą rodem z lat 80-tych! I wcale nie wykopałam tych zdjęć z albumów rodziców, tylko zrobiłam sama. Może już zdążyliście zapomnieć (to tylko 36 klatek, a tak wolno powstają nowe), ale od ponad roku fotografuję też analogowo.
Cudze chwalicie, swego nie znacie! Coraz częściej ostatnio chodzi mi to po głowie. Bo trochę tak ze mną jest. Ciągnie mnie cały czas gdzieś daleko, byle dalej. Tak naprawdę im dalej, tym lepiej. Jakby się jednak chwilę dłużej zastanowić, to okazuje się, że trochę Polski już widziałam, ale wcale nie tak wiele. A przecież jest co oglądać.

